Mąż nazwał mnie przy znajomych „starym fotelem, którego szkoda wyrzucić”. Wstałam od stołu i już nigdy nie wróciłam

Mąż upokorzył ją przy stole… Nie wiedział, że właśnie stracił żonę na zawsze !

Rozdział 1. Stary fotel

— Ewa jest jak stary fotel. Człowiek już by go wymienił, ale szkoda wyrzucić.

Tomasz powiedział to przy ośmiu osobach, w eleganckiej restauracji na krakowskim Starym Mieście. Najpierw zapadła krótka, gęsta cisza. Potem doktor Lisiecki parsknął śmiechem, jego żona uśmiechnęła się nerwowo, a reszta gości dołączyła z ulgą, że żart nie dotyczył ich. Śmiech przeszedł po stole szybko i nieprzyjemnie, jak czerwone wino rozlane na biały obrus.

Siedziałam naprzeciwko męża z dłonią zaciśniętą na nóżce kieliszka. Nie piłam. Od lat podczas takich kolacji ktoś musiał później przypilnować, żeby Tomasz nie powiedział zbyt dużo, nie obraził niewłaściwej osoby albo nie zostawił płaszcza w restauracji. Przez dwadzieścia dziewięć lat małżeństwa pełniłam wiele funkcji: żony, matki, kierowcy, sekretarki, pielęgniarki, organizatorki świąt i prywatnej obsługi człowieka sukcesu.

Tomasz miał pięćdziesiąt sześć lat i był ordynatorem w prywatnej klinice. Nosił drogie zegarki, dobrze skrojone garnitury i ten rodzaj pewności siebie, który sprawia, że ludzie ściszają głos, zanim on sam zdąży cokolwiek powiedzieć. Pacjenci mu ufali, współpracownicy ustępowali, a znajomi lubili siedzieć blisko niego, bo przy Tomaszu człowiek miał wrażenie, że dotyka czegoś ważnego. Ja natomiast przez lata coraz bardziej przypominałam element wystroju: zawsze obecny, zadbany i niewymagający uwagi.

— Ewa wie, że żartuję — powiedział, spoglądając na mnie. — Prawda, kochanie?

Wszystkie twarze zwróciły się w moją stronę. Powinnam była rzucić czymś lekkim, żeby ratować atmosferę. Dawniej powiedziałabym, że on też nie jest najnowszym modelem, ale nadal działa. Ludzie by się roześmiali, Tomasz poklepałby mnie po dłoni, a potem znów mówiłby o klinice, kontraktach i nowych pacjentach z zagranicy.

Tym razem nic nie powiedziałam.

Patrzyłam na niego i po raz pierwszy od bardzo dawna nie zastanawiałam się, w jakim jest humorze. Nie próbowałam przewidzieć, czy obrazi się na wieczór, czy na dwa dni. Po prostu patrzyłam na człowieka, z którym przeżyłam prawie trzy dekady, i widziałam, że on naprawdę tak o mnie myśli. To nie był dowcip. Dowcip był tylko eleganckim opakowaniem dla pogardy.

— Zawiesiłaś się? — zapytał.

Kilka osób znów się roześmiało. Tym razem krócej.

Odstawiłam kieliszek.

— Słyszałam.

— No widzisz. Czyli jeszcze działa.

Doktor Lisiecki spojrzał w talerz. Jego żona przestała się uśmiechać. Tomasz natomiast odchylił się wygodniej na krześle, zadowolony z siebie.

Po chwili jedna z kobiet zapytała mnie, czym obecnie się zajmuję. Otworzyłam usta, ale Tomasz odpowiedział pierwszy.

— Tym, czym zawsze. Pilnuje, żebym nie chodził głodny i miał czyste koszule. To też ważna funkcja społeczna.

Wtedy coś we mnie ucichło. Nie pękło, nie eksplodowało, nie zamieniło się w gniew. Po prostu przestałam czekać, aż on kiedyś sam zobaczy, kim jestem.

— To rzeczywiście ważna funkcja — powiedziałam. — Zwłaszcza kiedy dorosły mężczyzna przez trzydzieści lat nie nauczył się obsługi pralki.

Przy stole zapadła cisza.

Tomasz powoli odwrócił głowę.

— Słucham?

— Pralka ma mniej funkcji niż rezonans magnetyczny. Może sobie poradzisz.

Ktoś zakasłał w serwetkę. Żona doktora Lisieckiego spuściła głowę, ale zauważyłam, że kąciki jej ust lekko drgnęły.

— Widzę, że mamy dziś wieczór złośliwości — powiedział Tomasz.

— Nie. Mamy wieczór szczerości. Ty zacząłeś.

Nie podniosłam głosu. Odsunęłam krzesło i wstałam. Kiedy sięgałam po płaszcz, Tomasz syknął:

— Ewa, siadaj.

To jedno słowo zabolało bardziej niż wcześniejszy żart. Nie było prośbą. Brzmiało jak komenda wydana zwierzęciu, które źle zachowało się przy gościach.

Założyłam płaszcz i spojrzałam na niego.

— Nie jestem twoim fotelem, Tomasz.

W restauracji zrobiło się tak cicho, że usłyszałam brzęk sztućców przy sąsiednim stole.

— I nie musisz mnie wyrzucać — dodałam. — Sama wstanę.

Wyszłam, zanim odpowiedział.

Rozdział 2. Mieszkanie po ciotce

Na zewnątrz padał drobny deszcz. Krakowski bruk błyszczał w świetle latarni, a ja stałam przed restauracją z torebką przyciśniętą do boku i nie wiedziałam, dokąd pójść. Miałam pięćdziesiąt dwa lata, dorosłą córkę, dom urządzany przez pół życia i męża, który właśnie przy ludziach powiedział mi, kim naprawdę dla niego jestem.

Telefon zaczął wibrować. Tomasz dzwonił raz, drugi, trzeci. Nie odebrałam.

Zamówiłam taksówkę i podałam adres mieszkania po ciotce Halinie na Podgórzu. Odziedziczyłam je rok wcześniej. Tomasz od początku chciał je sprzedać, bo według niego było starą ruderą, z której można było wyciągnąć pieniądze na miejsce parkingowe przy klinice. Odkładałam decyzję, tłumacząc sobie, że potrzebuję czasu. Dziś pierwszy raz pomyślałam, że być może właśnie dlatego nie pozwoliłam go sprzedać.

Kamienica była stara i zaniedbana. W bramie pachniało wilgocią, gotowaną kapustą i kurzem. Mieszkanie znajdowało się na drugim piętrze. Klucz z trudem obrócił się w zamku, a drzwi otworzyły z przeciągłym jękiem.

W środku było zimno. Na wieszaku nadal wisiał kapelusz ciotki Haliny, w kuchni stała porcelanowa cukiernica, a w sypialni metalowe łóżko przykryte ciężką narzutą. Farba odchodziła przy framugach, parkiet skrzypiał, a kaloryfery wyglądały, jakby ostatni raz grzały z przekonaniem w poprzednim ustroju. Mieszkanie miało jednak jedną zaletę, której tamtej nocy nie mogłam przecenić.

Tomasza tutaj nie było.

Usiadłam na kanapie w ubraniu. Nie miałam piżamy, szczoteczki do zębów ani żadnych rzeczy poza dokumentami, telefonem i pomadką w torebce. Telefon znów się zaświecił.

„Przestań robić przedstawienie. Wracaj do domu.”

Patrzyłam na wiadomość długo. Nie zapytał, gdzie jestem, czy jest mi zimno ani czy bezpiecznie dotarłam. Najważniejsze było przedstawienie. Jego wizerunek. Goście, przed którymi odważyłam się wstać.

Po chwili przyszła następna wiadomość.

„Nie kompromituj mnie.”

Roześmiałam się cicho. Nie martwiło go, że mnie zranił. Martwiło go, że inni mogli zobaczyć, iż nie ma nade mną pełnej kontroli.

Nastawiłam wodę w starym czajniku. Herbata miała smak kurzu i lipy, ale była gorąca. Położyłam się na kanapie, przykryłam ciężkim kocem i patrzyłam w sufit.

Łzy przyszły dopiero nad ranem. Ciche, bez szlochu. Nie płakałam wyłącznie po kolacji. Płakałam po wszystkich wieczorach, kiedy czekałam z obiadem, po świętach podporządkowanych jego dyżurom, po własnych studiach plastycznych, których nie skończyłam, bo Tomasz potrzebował spokoju do egzaminów. Po latach, w których każdy mój plan musiał najpierw przejść przez pytanie, czy jemu będzie wygodnie.

Obudziło mnie mocne pukanie.

— Ewa, otwórz.

Tomasz.

Podeszłam do drzwi i zostawiłam założony łańcuch.

— Po co przyszedłeś?

— Nie wygłupiaj się. Musimy porozmawiać.

Otworzyłam drzwi na kilkanaście centymetrów. Stał w płaszczu z miną człowieka, który źle spał i jeszcze gorzej znosił brak posłuszeństwa. W dłoni trzymał małą walizkę.

— Spakowałem ci kilka rzeczy, skoro już urządzasz melodramat.

— Dziękuję.

Wyraźnie nie spodziewał się takiej odpowiedzi.

— Wracasz do domu. Uspokoisz się i porozmawiamy normalnie.

— Nie wracam.

Zmarszczył brwi.

— Po jednym żarcie?

— Nie po jednym żarcie. Po latach bycia żartem.

Przez chwilę milczał. Potem zapytał:

— Jest ktoś?

Prawie się roześmiałam.

— Naprawdę myślisz, że kobieta może odejść wyłącznie wtedy, gdy czeka na nią inny mężczyzna?

— A co mam myśleć?

— Że może wreszcie ma dość tego jednego.

Wyciągnęłam rękę po walizkę. Tomasz przez chwilę jej nie puszczał. W końcu postawił ją na progu.

— Zadzwoń, kiedy przestaniesz robić z siebie ofiarę.

— Zadzwoni mój prawnik.

Podniósł głowę.

— W jakiej sprawie?

— Rozwodu.

Na jego twarzy pojawiło się niedowierzanie.

— Nie ośmieszaj się.

— Już wystarczy, że robiłeś to za mnie.

Zamknęłam drzwi. Nie trzasnęłam nimi. Ciche kliknięcie zamka wystarczyło.

Rozdział 3. Co naprawdę należało do mnie

Przez pierwsze dni działałam trochę automatycznie. Kupiłam pościel, ręczniki, kubek i najprostszy czajnik. Znalazłam hydraulika, który uruchomił ogrzewanie, oraz sąsiada gotowego pomóc przy cięższych meblach. Każdy drobiazg przypominał mi, jak długo nie podejmowałam samodzielnych decyzji.

Najtrudniejsze przyszło podczas spotkania z prawniczką. Pani mecenas poprosiła, żebym przyniosła informacje o wspólnych kontach, nieruchomościach, polisie, oszczędnościach i dochodach Tomasza. O części z nich nie wiedziałam prawie nic.

— To mąż zajmował się finansami? — zapytała.

— Tak.

— Miała pani dostęp do kont?

— Do jednego, domowego.

— A do pozostałych?

Pokręciłam głową.

Przez lata podpisywałam dokumenty, które Tomasz nazywał formalnościami. Wiedziałam, ile kosztują zakupy i rachunki, ale nie znałam pełnej wartości jego udziałów w klinice ani oszczędności. Nie byłam kobietą bez wykształcenia czy rozumu. Po prostu stopniowo pozwalałam, żeby ktoś inny przejął każdy ważniejszy obszar życia.

Prawniczka nie oceniała mnie. Wyjaśniła, co możemy sprawdzić, jakie dokumenty zabezpieczyć i czego nie podpisywać bez konsultacji. Po raz pierwszy zobaczyłam, że rozwód nie jest jednym podpisem i dramatycznym wyjściem z restauracji. Jest również kontem bankowym, emeryturą, prawem do mieszkania, ubezpieczeniem i pytaniem, z czego człowiek będzie żył po trzydziestu latach wspólnego życia.

Wróciłam do domu i otworzyłam walizkę, którą spakował Tomasz. W środku znalazłam dwa swetry, kilka bluzek, kapcie i kosmetyczkę bez kremu. Nie spakował ani jednej książki, albumów ze zdjęciami Natalii, szkicownika ani pudełka z pamiątkami po mojej matce.

Wybrał rzeczy, które według niego były mi potrzebne.

Nie wiedział, co było dla mnie ważne.

Tego wieczoru zadzwoniła córka.

— Mamo, tata mówi, że urządziłaś scenę i chcesz go zniszczyć.

Natalia miała dwadzieścia sześć lat. Była inteligentna, samodzielna i od dziecka podziwiała ojca. Tomasz opowiadał historie z kliniki, przywoził prezenty i płacił za wszystko bez patrzenia na cenę. Ja pamiętałam o wywiadówkach, lekach, urodzinach koleżanek i tym, żeby miała czyste ubrania na poniedziałek. Byłam wszędzie, więc stałam się niewidoczna.

— Nie chcę go zniszczyć — powiedziałam. — Chcę przestać być niszczona.

— Tata twierdzi, że źle zrozumiałaś żart.

— Żart jest wtedy, kiedy śmieją się obie strony.

Natalia westchnęła.

— Nie możesz tak po prostu odejść po tylu latach.

— Właśnie dlatego odchodzę teraz. Bo po tylu latach wiem, że nic się samo nie zmieni.

Nie przekonałam jej. Nie próbowałam. Poprosiłam tylko, żeby nie powtarzała wersji ojca, zanim nie wysłucha mojej.

Po rozmowie usiadłam przy kuchennym stole i otworzyłam stary szkicownik znaleziony w szafie ciotki. Był pusty. Wzięłam ołówek i narysowałam drzwi. Przed nimi stała kobieta odwrócona plecami. Nie miała twarzy, ale miała wyprostowaną sylwetkę.

Podpisałam rysunek jednym słowem:

Ewa.

Rozdział 4. Irena

Irenę spotkałam przypadkiem na Kazimierzu. Szłam do kancelarii, kiedy zobaczyłam ją przez witrynę małej galerii. Studiowałyśmy kiedyś razem historię sztuki i przez kilka lat byłyśmy nierozłączne. Potem przyszło małżeństwo, Natalia, praca Tomasza i coraz więcej zaproszeń, z których rezygnowałam, bo jemu termin nie pasował.

Irena poznała mnie natychmiast. Wybiegła przed galerię bez płaszcza i objęła mnie, zanim zdążyłam wymyślić wymówkę.

— Kobieto, gdzie ty byłaś przez pół życia?

To proste pytanie prawie mnie złamało.

Usiadłyśmy na zapleczu przy herbacie. Opowiedziałam jej o restauracji, mieszkaniu i rozwodzie. Irena nie powiedziała, że wszystko będzie dobrze. Zapytała tylko:

— A ty gdzie jesteś w tym wszystkim?

— Nie wiem.

— To zacznij szukać.

Dała mi szkicownik, kilka ołówków i mały zestaw akwareli. Nie wygłaszała wielkich przemówień. Powiedziała, że jeśli chcę, mogę przychodzić do galerii dwa razy w tygodniu, pomagać przy katalogach i pilnować sali, kiedy ona załatwia sprawy na mieście. Płaciła niewiele, ale uczciwie.

Przyjęłam propozycję.

Pierwsze tygodnie były trudne. Nie potrafiłam skupić się dłużej niż kilkanaście minut. Ręka drżała, kolory mieszały się w błoto, a każda kreska wydawała mi się dowodem, że zmarnowałam talent, który kiedyś miałam.

Irena nie zachwycała się wszystkim.

— Ten jest słaby — powiedziała o jednym obrazie. — Ale poprzedni był dobry. Czyli świat się nie skończył.

Jej zwyczajność pomagała bardziej niż pochwały. Nie traktowała mnie jak porzuconej żony wymagającej delikatności. Traktowała mnie jak kobietę, która może się czegoś nauczyć.

Stopniowo zaczęłam remontować mieszkanie. Nie robiłam wszystkiego naraz. Najpierw pomalowałam kuchnię, potem odnowiłam stary stół. Parkiet został skrzypiący, ale przestało mi to przeszkadzać. Każda naprawiona rzecz dawała mi poczucie, że życie również można składać powoli, bez wielkiego planu.

Tomasz dzwonił rzadziej. Jego wiadomości zmieniały ton. Najpierw rozkazywał, potem groził, że sama sobie nie poradzę, a później próbował mówić spokojniej.

„Możemy jeszcze wrócić do normalności.”

Dla niego normalność oznaczała powrót do domu i zachowywanie się tak, jakby nic się nie wydarzyło. Dla mnie normalność pierwszy raz oznaczała możliwość zdecydowania, czy chcę zjeść kolację o szóstej czy o dziesiątej.

Rozdział 5. Córka

Natalia przyszła do galerii prawie miesiąc później. Stała przy wejściu niepewnie, z torebką przewieszoną przez ramię. Nie rzuciłyśmy się sobie w ramiona. Podałam jej herbatę i pokazałam niewielki stolik, przy którym pracowałam.

Na ścianie wisiał mój pierwszy oprawiony szkic. Kobieta siedziała przy stole, za jej plecami znajdował się ogromny cień mężczyzny, ale ona patrzyła w stronę jasnego okna.

— To ty? — zapytała Natalia.

— Chyba tak.

— Dlaczego nie patrzy na niego?

— Bo już wystarczająco długo patrzyła.

Córka milczała. Widziałam, że próbuje złożyć mój obraz z historią rodziny, którą znała. Nie naciskałam.

Wtedy do galerii wszedł Tomasz.

Nie zapowiedział się. Miał na sobie elegancki płaszcz i minę człowieka, który trafił w miejsce niepasujące do jego pozycji.

— A więc tutaj się ukrywasz — powiedział.

— Nie ukrywam się.

Spojrzał na moje szkice.

— Naprawdę zamierzasz teraz robić z siebie artystkę?

Natalia zesztywniała.

— Tato, po co przyszedłeś?

— Chcę porozmawiać z matką. Za chwilę przejdzie jej ten kryzys, wróci do domu i wszyscy zapomnimy o tej przygodzie z farbkami.

— A jeśli nie chce wrócić? — zapytała Natalia.

Tomasz spojrzał na nią z wyraźnym zdziwieniem.

— Oczywiście, że wróci.

— Skąd wiesz?

— Bo sama sobie nie poradzi.

W galerii zapadła cisza.

Natalia patrzyła na ojca tak, jakby pierwszy raz usłyszała nie pojedyncze zdanie, lecz sposób, w jaki mówił do mnie przez całe życie.

— Naprawdę tak myślisz? — zapytała.

— Myślę realistycznie.

— Nie. Myślisz okrutnie.

Twarz Tomasza stwardniała.

— Uważaj, jak się do mnie odzywasz.

— A ty uważaj, jak mówisz o mamie.

To nie była wielka scena. Natalia nie wyrzekła się ojca i nie ogłosiła, że od dziś stoi wyłącznie po mojej stronie. Powiedziała tylko jedno zdanie, którego przez lata przy nim nie wypowiadała.

Tomasz wyszedł.

Po chwili Natalia zapytała:

— On zawsze tak do ciebie mówił?

— Nie zawsze tak samo. Czasem ciszej. Czasem żartem. Czasem przy ludziach, a czasem tylko spojrzeniem.

— Dlaczego mi nie powiedziałaś?

— Bo chciałam cię chronić.

— A przez to myślałam, że wszystko jest dobrze.

Przytaknęłam.

Natalia rozpłakała się. Objęła mnie ostrożnie, a potem mocniej. Nie wybaczyłyśmy sobie wszystkiego w jednej chwili. Ale po raz pierwszy naprawdę zaczęłyśmy rozmawiać.

Przed wyjściem zapytała o cenę szkicu.

— Dam ci go.

Pokręciła głową.

— Nie. Jeśli to twoja praca, chcę za nią zapłacić. Nie brać jej dlatego, że jestem córką.

To zdanie znaczyło dla mnie więcej niż pieniądze.

Rozdział 6. Bez mojego nazwiska

Rozwód trwał prawie rok. Nie dlatego, że sprawa była wyjątkowo skomplikowana. Tomasz nie potrafił zaakceptować, że decyzja zapadła bez jego zgody.

Podczas jednego ze spotkań w kancelarii próbował przekonać mnie do pozostania w małżeństwie formalnie. Twierdził, że rozwód zaszkodzi jego pozycji, wywoła plotki w klinice i źle wpłynie na Natalię. Nie mówił o miłości. Mówił o konsekwencjach dla siebie.

Kiedy odmówiłam, nachylił się nad stołem.

— Naprawdę myślisz, że bez mojego nazwiska coś znaczysz?

Jeszcze rok wcześniej wróciłabym z tym zdaniem do domu i analizowała je całą noc. Tym razem spojrzałam na dokumenty leżące między nami.

— To nazwisko było twoje — odpowiedziałam. — Życie, które teraz buduję, jest moje.

Podpisałam ugodę.

Nie dostałam wszystkiego, czego początkowo oczekiwałam. Musieliśmy podzielić oszczędności, sprzedać część wspólnych inwestycji i długo ustalać kwestie emerytalne. Tomasz zachował dom, ja zatrzymałam mieszkanie po ciotce oraz środki wystarczające, żebym nie musiała od niego zależeć.

Kiedy wyszliśmy z kancelarii, zatrzymał się przy windzie.

— To naprawdę koniec?

W jego głosie nie było skruchy. Raczej niedowierzanie człowieka, który uważał pewne rzeczy za stałe. Jak meble.

— Dla naszego małżeństwa tak — powiedziałam. — Dla mnie nie.

Winda przyjechała. Tomasz wszedł, ja zostałam na korytarzu.

Nie chciałam już jechać z nim w tym samym kierunku.

Rozdział 7. Pierwszy obraz

Rok po tamtej kolacji Irena zorganizowała niewielką wystawę grupową. Nie byłam główną artystką. Pokazałam cztery obrazy obok prac sześciu innych osób. Dwa były dobre, jeden przeciętny, a przy czwartym nadal miałam ochotę coś poprawiać.

Natalia przyszła pierwsza. Przyniosła sernik i śmiała się, że w galerii obowiązuje rodzinny podatek od sztuki. Pomogła rozwiesić katalogi i przez cały wieczór przedstawiała mnie znajomym jako swoją mamę i malarkę.

Nie wiedziałam, które z tych słów wzruszało mnie bardziej.

Największy obraz przedstawiał kobietę stojącą na balkonie o świcie. Jej twarzy nie było widać. Za plecami miała otwarte drzwi, przed sobą budzące się miasto. Nie uciekała. Po prostu stała i oddychała.

Pod koniec wieczoru podeszła do mnie nieznajoma kobieta.

— Ile kosztuje ten obraz?

Pierwszym odruchem było spojrzenie na Irenę. Przez całe życie czekałam, aż ktoś inny potwierdzi, że mam prawo coś powiedzieć, zrobić albo wycenić.

Tym razem nie spojrzałam.

Podałam cenę.

Kobieta zastanawiała się chwilę, po czym skinęła głową.

— Wezmę go.

Stałam z kartką sprzedaży w dłoni i czułam większe wzruszenie niż wtedy, gdy Tomasz kupił mi pierwszy drogi naszyjnik. Nie chodziło o kwotę. Ktoś zobaczył coś stworzonego przeze mnie i uznał, że ma wartość.

Telefon zawibrował w torebce.

Wiadomość od Tomasza:

„Mam nadzieję, że jesteś zadowolona.”

Przeczytałam i schowałam telefon bez odpowiedzi.

Natalia zawołała mnie z drugiego końca sali.

— Mamo, ktoś pyta o twoją akwarelę z otwartymi drzwiami!

Odwróciłam się w stronę ludzi stojących przy moich pracach. Irena poprawiała przekrzywioną ramę. Córka uśmiechała się do mnie. W galerii pachniało kawą, drewnem i farbą.

Nie byłam młodsza niż rok wcześniej. Nie stałam się nagle odważna we wszystkim. Nadal bałam się samotności, rachunków, przyszłości i tego, że czasem obudzę się nocą, tęskniąc nawet za życiem, które mnie raniło.

Ale przestałam być rzeczą stojącą tam, gdzie ktoś mnie postawił.

Podeszłam do kobiety zainteresowanej akwarelą. Zapytała, co oznaczają otwarte drzwi.

Spojrzałam na obraz.

— Niczego nie gwarantują — odpowiedziałam. — Pokazują tylko, że można przez nie przejść.

Tego wieczoru wróciłam sama do mieszkania na Podgórzu. Parkiet nadal skrzypiał, łazienka wciąż wymagała remontu, a kaloryfer w sypialni stukał przy każdym nagrzewaniu. Zaparzyłam herbatę i usiadłam przy stole pokrytym starą ceratą ciotki Haliny.

Na ścianie wisiał pierwszy rysunek: kobieta stojąca przed drzwiami.

Teraz już wiedziałam, co znajdowało się po drugiej stronie.

Nie nowe małżeństwo. Nie zemsta. Nie idealne życie bez bólu.

Po drugiej stronie byłam ja