Zadzwoniłam do ojca kilka minut po drugiej w nocy. Palce drżały mi tak bardzo, że ledwo trafiłam w ikonę połączenia. Na ekranie telefonu rozbłysła jego twarz, a potem usłyszałam pierwszy sygnał, drugi, trzeci. W tle za szybą szpitalnego okna deszcz przestał już padać, a ja wciągnęłam w płuca chłodne, sterylne powietrze i spróbowałam powstrzymać łzy, które i tak napłynęły mi do oczu.

Gdy w końcu odebrał, jego głos był zaspany i poirytowany. – No co jest? – burknął. – Wiesz, która godzina?
– Tato – wykrztusiłam, a głos załamał mi się na dobre. – Babcia. Babcia zmarła w nocy. Cisza po drugiej stronie ciągnęła się wieczność.
A potem usłyszałam, jak chłodnym, obojętnym tonem mówi coś, co na zawsze wyryło mi się w pamięci:
– No to ta stara wreszcie umarła. Spojrzałam w stronę łóżka. Babcia leżała z zamkniętymi oczami, ale kącik jej ust drgnął w ledwo dostrzegalnym uśmiechu. W tle usłyszałam, jak matka pyta zaspana, kto dzwoni, a ojciec odpowiada jej bez cienia emocji: „Twoja teściowa kopnęła w kalendarz”.
I wtedy, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, usłyszałam coś, od czego ścisnęło mnie w żołądku. Moja matka się śmiała. Krótko, z wyższością, jakby właśnie wygrała na loterii. – No wreszcie – powiedziała.
– Ile można było czekać? A potem odezwał się trzeci głos. Mój brat Ksawery musiał spać u rodziców, bo usłyszałam go wyraźnie, głośno i niemal triumfalnie:
– Babcia zostawiła wszystko mnie. Podpisała testament u notariusza w zeszłym roku.
Sama mi mówiła. Więc ty, Kalina, nie dostaniesz ani grosza. Słyszysz? Ani jednego grosza.
Siedziałam na skraju szpitalnego krzesła, a serce waliło mi tak mocno, że czułam je w gardle. Przez całe życie czekałam na ten moment, na prawdę, na to, że ktoś wreszcie zdejmie maski z twarzy ludzi, których nazywałam rodziną. Ale nie spodziewałam się, że stanie się to w środku nocy, przy łóżku umierającej babci, która jeszcze przed chwilą trzymała mnie za rękę. Spojrzałam na nią.
Otworzyła oczy. I wtedy, powoli, drżącą ręką skinęła na mnie, żebym przysunęła telefon. Zrozumiałam od razu. Włączyłam głośnik na cały regulator, aż głosy mojej rodziny wypełniły ciemną salę szpitalną.
Babcia pochyliła się w stronę telefonu i powiedziała spokojnym, ale wyraźnym głosem:
– Dobry wieczór, moje kochane dzieci. Mówi wasza stara, która wreszcie umarła. W słuchawce zapadła cisza tak głęboka, że przez chwilę słyszałam tylko bicie własnego serca. Za oknem szpitala pojedyncze krople spadały z kasztanowców na parapet, wybijając nierówny rytm.
Babcia leżała na poduszkach, blada, ale w jej oczach palił się ogień, którego nie widziałam u niej od miesięcy. – Mamo! – wykrztusił w końcu ojciec, a jego głos, jeszcze przed chwilą chłodny jak lód, teraz drżał jak u dziecka przyłapanego na kłamstwie. – Mamo, ty… ty żyjesz?
– Owszem, Radosławie, żyję – odparła babcia. – I mam się na tyle dobrze, żeby wysłuchać wszystkiego, co przed chwilą powiedzieliście. Każdego słowa. Bo widzisz, synu, kiedy człowiek leży w szpitalu i myśli, że to już koniec, chce wiedzieć jedno.
Czy zostawia po sobie rodzinę, czy tylko stado wilków. Mój ojciec próbował się ratować. Usłyszałam, jak bierze głęboki oddech, a potem mówi cieplejszym tonem, który brzmiał żałośnie i fałszywie:
– Mamo, ależ to nieporozumienie. Kalina musiała coś źle zrozumieć.
My myśleliśmy, że to jakiś żart. Przecież my cię kochamy. Wiesz o tym. Babcia uniosła dłoń, choć nie mógł tego widzieć, i uśmiechnęła się gorzko.
– Nie poniżaj się jeszcze bardziej, Radek. Słyszałam, jak się śmiałeś. Słyszałam, jak twoja żona mówiła: „No wreszcie”. Słyszałam, jak mój wnuk krzyczał, że nie da Kalinie ani grosza.
Nie musicie już nic udawać. Maski opadły. I wiecie co? Cieszę się, bo teraz wreszcie wiem, komu mogę zaufać.
Ksawery, który najwyraźniej wciąż nie rozumiał powagi sytuacji, wtrącił drżącym, ale wciąż zachłannym głosem:
– Babciu, ale ten testament… Ty mi go pokazywałaś. Mówiłaś, że dom, pole i oszczędności są dla mnie. Przecież to nie może się tak po prostu zmienić. Babcia zaśmiała się cicho, a w tym śmiechu było więcej smutku niż wesołości.
– Ach, Ksawery, mój najmłodszy. Pokazałam ci wtedy pewien papier. To prawda. Ale czy myślisz, że kobieta, która sama przeżyła to, co ja przeżyłam, jest naiwna?
Ten testament, który ci pokazałam, spaliłam w piecu tego samego wieczoru, kiedy wyszedłeś. Chciałam tylko zobaczyć, jak zareagujesz. I zobaczyłam. Przyjechałeś do mnie wtedy pierwszy raz od dwóch lat.
Nie po to, żeby zapytać, jak się czuję. Tylko po to, żeby dopilnować, czy podpis jest ważny. Nie zostałeś nawet na herbatę. Cisza w słuchawce była teraz gęsta jak smoła.
Słyszałam tylko przyspieszony oddech mojego brata. Babcia ciągnęła dalej, a jej głos nabierał siły:
– Prawdziwy testament sporządziłam u notariusza w Toruniu, u pana mecenasa Wiktora Dębskiego, trzy miesiące temu. Jest ważny, opieczętowany i leży w kancelarii, gdzie nikt z was nie może go tknąć. I nie zmienię go, bo dziś ostatecznie upewniłam się, że podjęłam słuszną decyzję.
– Mamo, nie rób tego – w głosie ojca pojawiła się panika. – Pomyśl. Jestem twoim synem. Krew z krwi.
Ten dom należał do dziadka. Nie możesz go dać tej… tej…
– Tej komu, Radosławie? – przerwała babcia lodowato. – Dokończ.
Powiedz to głośno. – Tej dziewczynie – wykrztusił w końcu ojciec, a w jego głosie zabrzmiała pogarda. – Tej dziewczynie, która nic nigdy w życiu nie osiągnęła. Babcia westchnęła, jakby właśnie usłyszała najsmutniejszą rzecz pod słońcem.
– Widzisz, synu. Nawet teraz, w tej chwili, nie potrafisz wymówić imienia własnej córki bez pogardy. Nazywa się Kalina. Pamiętasz ją?
To ta dziewczyna, którą całe życie traktowaliście jak popychadło. Ta, która jako jedyna przyjeżdżała do mnie co niedzielę, choć nie miała z tego żadnej korzyści. Ta, która przez trzy tygodnie spała na krześle przy moim łóżku, prała moje koszule i karmiła mnie łyżeczką, podczas gdy wy remontowaliście łazienkę. Powiedz jej imię.
No, powiedz. Cisza. Nie potrafili nawet tego. Siedziałam na skraju łóżka, a po policzkach płynęły mi łzy, których już nawet nie próbowałam ocierać.
Przez całe życie czekałam, żeby ktoś stanął w mojej obronie. I oto drobna, umierająca kobieta, moja babcia, robiła to teraz, w środku nocy, jednym telefonem burząc kłamstwo, w którym żyłam od dziecka. – A teraz posłuchajcie mnie uważnie – powiedziała babcia, a jej głos, choć słaby, niósł w sobie autorytet, którego nikt nie śmiał przerwać. – Dom w Złotorii, pole nad Drwęcą, sad i wszystkie moje oszczędności, które przez lata odkładałam grosz do grosza, zapisałam Kalinie.
Wszystko. A wam zostawiam jedno. Prawdę o was samych. Noście ją, bo to jedyne, na co sobie zasłużyliście.
W słuchawce wybuchła awantura. Matka krzyczała na ojca, ojciec na Ksawerego, Ksawery na oboje. Wśród tego chaosu usłyszałam, jak matka syczy:
– Ty stara wariatko! Zawsze wiedziałam, że nas nienawidzisz.
Zawsze faworyzowałaś tę smarkulę. To się tak nie skończy, słyszysz? Podważymy ten testament. Powiemy, że byłaś niepoczytalna, że ci się w głowie pomieszało na starość.
Babcia spojrzała na mnie i mrugnęła. Naprawdę mrugnęła, jakby to wszystko sprawiało jej ostatnią w życiu satysfakcję. – Próbujcie, Bogno – odparła spokojnie. – Bardzo proszę.
Mecenas Dębski nagrał całą rozmowę, podczas której sporządzałam testament. Odpowiadałam na pytania o dzień, miesiąc, rok, o nazwiska premiera i prezydenta, o to, ile mam wnucząt i jak się nazywają. Lekarz wystawił zaświadczenie o pełnej poczytalności. Wszystko jest zabezpieczone.
Nie jestem tak stara, żeby nie znać się na ludziach takich jak wy. A tej rozmowy, którą teraz prowadzimy, Kalina też przypadkiem nie musi nagrywać. Choć któż wie. Uśmiechnęłam się przez łzy.
Babcia była mądrzejsza niż oni wszyscy razem wzięci. W słuchawce wciąż trwała kłótnia, ale babcia uniosła rękę i jej głos przeciął ich krzyki jak nóż:
– Wystarczy. Nie chcę już tego słuchać. Radosławie, Bogno, Ksawery.
Żegnam was. Nie przyjeżdżajcie do szpitala. Nie przyjeżdżajcie na pogrzeb, kiedy naprawdę umrę. Nie jesteście już moją rodziną.
Moją rodziną jest ta dziewczyna, która siedzi teraz obok mnie i płacze. Nie z powodu pieniędzy, których się nawet nie spodziewała, ale dlatego że ma serce. Coś, czego wam wszystkim zabrakło. I nacisnęła czerwoną słuchawkę na ekranie telefonu.
Cisza, która zapadła w sali, była błogosławieństwem. Przez długą chwilę żadna z nas się nie odzywała. Deszcz zupełnie ustał, a przez chmury przebił się blady, srebrny księżyc, oświetlając sylwetkę babci na poduszkach. Wyglądała na wyczerpaną, ale i dziwnie lekką, jakby zrzuciła z ramion ciężar, który dźwigała przez dziesięciolecia.
Gdzieś na korytarzu skrzypnął wózek pielęgniarki. Powietrze pachniało chłodem nocy wpełzającym przez uchylone okno, mieszającym się z wonią środków dezynfekujących i zwiędłych goździków w wazonie na parapecie. – Wiesz, Kalino – odezwała się babcia po długiej chwili, wpatrzona w sufit. – Nie zawsze byli tacy.
Twój ojciec, gdy był mały, przynosił mi z łąki bukieciki chabrów i rumianku. Trzymał je w spoconej piąstce i mówił: „Mamo, to dla ciebie, żebyś się nie martwiła”. A potem dorósł, poznał twoją matkę i coś w nim zgasło. Nie wiem, w którym momencie pieniądze stały się dla niego ważniejsze niż ludzie.
Może po prostu takie ziarno w nim siedziało i tylko czekało, żeby wykiełkować. Milczałam, bojąc się przerwać. Babcia rzadko mówiła o przeszłości tak nago, bez upiększeń. – A najgorsze jest to – ciągnęła – że przez lata sama siebie okłamywałam.
Wmawiałam sobie, że kiedy zachoruję, to przyjadą. Że obudzi się w nich to dziecko z bukietem chabrów. Człowiek do końca łudzi się, że własne dzieci są lepsze, niż są naprawdę. To najboleśniejsze kłamstwo ze wszystkich.
Ścisnęłam jej dłoń mocniej. Czułam pod palcami cienką skórę i ciepło cenniejsze niż wszystko na świecie. – Ale ty – powiedziała, odwracając wreszcie głowę i patrząc na mnie – ty nigdy mnie nie zawiodłaś. Ani razu.
I dlatego mogłam spokojnie zrobić to, co dziś zrobiłam. Bo wiem, że ten dom trafi w dobre ręce. Że nie sprzedasz go pierwszemu lepszemu deweloperowi. Że zostawisz sad, w którym twój pradziadek sadził jabłonie.
Że będziesz tam żyła, a nie tylko liczyła metry kwadratowe. – Obiecuję, babciu – wyszeptałam. – Obiecuję, że zadbam o wszystko. Że dom zostanie domem.
Skinęła głową zadowolona i przymknęła na chwilę oczy. Za oknem księżyc rzucał na podłogę sali długie, drżące cienie gałęzi. Wbrew temu, co mówili lekarze, babcia nie umarła tamtej nocy. Ani w następnym tygodniu.
Jakby ta jedna rozmowa telefoniczna, ten jeden akt sprawiedliwości wlał w nią nowe życie. Pani Marzena, pielęgniarka, kręciła głową z niedowierzaniem i mówiła, że przez trzydzieści lat pracy nie widziała czegoś takiego. Po dwóch tygodniach babcia zaczęła jeść normalnie. Po trzech siadała już sama na łóżku.
A po miesiącu lekarz, drapiąc się w głowę, powiedział, że możemy jechać do domu, bo organizm pani Bronisławy najwyraźniej sam wie lepiej. Zabrałam ją z powrotem do Złotorii. Pamiętam, jak wjechałyśmy w piaszczystą drogę prowadzącą do jej domu z niebieskimi okiennicami, a ona opuściła szybę i wciągnęła głęboko powietrze. Zapach mokrej ziemi, dymu z komina sąsiada i pierwszych przymrozków na polach.
– Nie ma to jak w domu – westchnęła. – W szpitalu wszystko pachnie śmiercią. A tu pachnie życiem. Nawet gnój z obory pana Lucjana pachnie mi jak perfumy.
Roześmiałam się. Pierwszy raz od bardzo dawna śmiałam się szczerze, całą sobą. Dostałyśmy jeszcze siedem miesięcy. Siedem miesięcy, które dziś uważam za najcenniejsze w całym moim życiu.
Wzięłam urlop bezpłatny w piekarni, a właściwie rzuciłam tę pracę, bo babcia uparła się, żebym korzystała z tego, co odkładała latami. – Nie po to zbierałam każdy grosz, żebyś ty teraz zarywała noce przy piecu chlebowym – mówiła. Zamieszkałam z nią. Rano rąbałam drewno, tak jak uczyła mnie za dzieciaka.
Paliłam w piecu, gotowałam rosół i pierogi ruskie. A wieczorami siadałyśmy przy oknie z herbatą malinową i rozmawiałyśmy godzinami. Opowiadała mi o rzeczach, o których nigdy wcześniej nie mówiła. O dziadku, który nie odszedł, jak zawsze twierdziła rodzina, tylko wyjechał za chlebem do Niemiec i nigdy nie wrócił, zostawiając ją samą z dwójką dzieci i długami.
O tym, jak sprzedawała jajka i mleko na targu w Toruniu, żeby przetrwać zimę. O tym, jak nauczyła się nie ufać nikomu prócz siebie. I jak żałuje, że tę nieufność przenosiła czasem na ludzi, którzy na nią nie zasługiwali. – Ty jesteś inna, Kalino – powtarzała.
– Masz w sobie moją siłę, ale nie masz mojej goryczy. I to jest twój największy skarb. Nie pozwól, żeby to, co przeszłaś, zamieniło cię w kogoś zgorzkniałego. Obiecaj mi.
– Obiecuję, babciu. Pamiętam jedno takie popołudnie szczególnie wyraźnie. Był styczeń. Śnieg leżał grubą pierzyną na sadzie, a szyby pokryły się mrozem tworzącym misterne wzory jak koronka.
W piecu trzaskało drewno, po kuchni rozchodził się słodki, korzenny zapach pierników, które właśnie wyjęłam z blachy. Babcia siedziała owinięta w wełniany koc, z kotem sąsiada mruczącym na kolanach. Poprosiła, żebym przyniosła jej starą blaszaną puszkę, tę samą, w której zawsze trzymała ciasteczka. W środku zamiast słodyczy były stare fotografie.
Czarno-białe, pożółkłe, z pozałamywanymi rogami. – Popatrz, to twój pradziadek – mówiła, wskazując palcem młodego mężczyznę w za dużej marynarce, stojącego dumnie przed tym samym domem, tyle że wtedy jeszcze bez okiennic. – Sam go budował, cegła po cegle. A to ja, jak miałam osiemnaście lat, na dożynkach.
Widzisz tę wstążkę we włosach? Dziadek mi ją kupił na jarmarku, zanim jeszcze wyjechał. Głos jej załamał się na chwilę, ale zaraz się opanowała. Siedziałyśmy tak do zmroku, przeglądając zdjęcia, a ona opowiadała mi historię każdej twarzy, każdego miejsca.
Czułam, że przekazuje mi coś więcej niż wspomnienia. Przekazuje mi całe swoje życie, żebym ja nosiła je dalej. Za oknem zapadał granatowy zmierzch, a w piecu żarzyły się ostatnie węgle. Nigdy nie czułam się tak potrzebna, tak kochana.
W tym czasie rodzina próbowała działać. Ojciec dzwonił kilka razy. Najpierw z groźbami, potem z prośbami, w końcu z płaczem. Matka wysłała mi list, w którym pisała, że przecież jesteśmy rodziną i że krew nie woda.
Ksawery pojawił się nawet raz osobiście. Zajechał pod dom swoim wypasionym, wziętym na kredyt Audi i próbował wejść do środka, krzycząc, że dom i tak prawnie mu się należy. Pan Lucjan, sąsiad, wyszedł wtedy ze swojego podwórka z widłami w ręku i spokojnym, ale stanowczym głosem powiedział:
– Młody, wsiadaj lepiej w tę swoją bryczkę i jedź, bo tu na wsi z takimi to różnie bywa. Ksawery odjechał, piszcząc oponami.
Mecenas Wiktor Dębski okazał się prawdziwym sprzymierzeńcem. Był to spokojny mężczyzna o ciepłym głosie i uważnych oczach, który tłumaczył mi każdy krok procedury prostymi słowami. Kiedy rodzina jeszcze za życia babci złożyła do sądu wstępne pismo sugerujące jej niepoczytalność, mecenas Dębski tylko się uśmiechnął. – Proszę się nie martwić, pani Kalino – powiedział, gdy siedzieliśmy w jego kancelarii przy rynku staromiejskim, a za oknem gołębie przechadzały się po bruku wokół pomnika Kopernika.
– Mamy nagranie, mamy zaświadczenia lekarskie, mamy świadków. Pani babcia zadbała o wszystko lepiej niż niejeden prawnik. Ta sprawa nie ma najmniejszych szans. Oni tylko wyrzucą pieniądze na adwokatów, których, o ile dobrze zrozumiałem, i tak im brakuje.
Miał rację. Ale wtedy nie myślałam o sądach. Myślałam o babci, która z każdym tygodniem stawała się coraz słabsza, choć starała się to ukrywać. Odeszła w maju, w niedzielny poranek, kiedy sad za oknem stał cały biały od kwitnących jabłoni, a powietrze było ciężkie od zapachu bzu.
Umarła spokojnie we własnym łóżku, trzymając mnie za rękę, tak jak ja trzymałam jej rękę w drodze do szpitala siedem miesięcy wcześniej. Jej ostatnie słowa brzmiały:
– Dziękuję ci, dziecko, za wszystko. A teraz idź i żyj. Naprawdę żyj.
Pochowałam ją na małym cmentarzu w Złotorii, obok grobu jej matki. Na pogrzebie było niewielu ludzi. Pan Lucjan z żoną, kilka sąsiadek, pani Marzena, która przyjechała aż z Torunia, i mecenas Dębski. Z rodziny nie przyszedł nikt.
Zgodnie z jej wolą nawet ich nie zawiadomiłam. A jednak dowiedzieli się i tego samego dnia w południe dostałam od ojca wiadomość: „Mam nadzieję, że jesteś zadowolona. Ukradłaś nam wszystko”. Przeczytałam ją, stojąc nad świeżym grobem, i po raz pierwszy w życiu nie poczułam ani bólu, ani winy.
Poczułam tylko spokój. Skasowałam wiadomość i zablokowałam numer. Sprawa spadkowa zakończyła się tak, jak przewidział mecenas Dębski. Sąd oddalił pozew rodziny w całości.
Nagranie, na którym babcia, bystra, przytomna, z błyskiem w oku, odpowiadała na wszystkie pytania, rozwiało wszelkie wątpliwości. Testament został uznany za w pełni ważny. Dom, pole nad Drwęcą, sad oraz oszczędności babci, które okazały się kwotą znacznie większą, niż przypuszczałam, bo przez dziesięciolecia odkładała każdy grosz, przeszły na moją własność. Nie powiem dokładnie ile.
Powiem tylko tyle, że babcia przez całe życie żyła skromnie, w łatanych swetrach, a jej oszczędności starczyłyby na kilka takich Audi, z jakim przyjechał mój brat. Ale ja nie kupiłam samochodu. Nie sprzedałam domu. Zrobiłam to, co jej obiecałam.
Wyremontowałam stary dom z niebieskimi okiennicami, dbając, by zachował swój charakter. Te same okiennice, ten sam piec kaflowy, ten sam kredens, przy którym babcia mieszała cukier w szklance. Odnowiłam sad, dosadziłam nowe jabłonie obok tych, które sadził mój pradziadek. A z pozostałych pieniędzy zrobiłam coś, co, jak sądzę, sprawiłoby babci największą radość.
Otworzyłam w Złotorii małą przydomową piekarnię i kawiarenkę. Nazwałam ją „U Broni”. Piekę tam chleb na zakwasie i pierniki według przepisu babci, tego samego, który pachniał w jej kuchni przez całe moje dzieciństwo. Interes idzie zaskakująco dobrze.
Ludzie z Torunia przyjeżdżają w weekendy, żeby posiedzieć w ogrodzie pod jabłoniami, napić się herbaty malinowej i zjeść kawałek świeżego piernika. Wieszam pod powałą te same suszone zioła, które babcia zbierała latami. Cała kawiarnia pachnie dokładnie tak, jak pachniała jej kuchnia. Miętą, macierzanką i cynamonem.
Starsze panie z okolicy mówią, że wchodząc do środka czują się jak u siebie w domu sprzed półwiecza. I czasem uronią przy tym łzę. Wtedy wiem, że robię coś dobrego. Pan Lucjan wpada codziennie na kawę i opowiada te same historie po dziesięć razy.
A ja słucham z uśmiechem, bo nauczyłam się, że słuchanie starych ludzi to jeden z najpiękniejszych obowiązków, jakie mamy. Z mecenasem Wiktorem zaczęliśmy się spotykać jakiś rok po pogrzebie. Zaczęło się niewinnie, od jego cotygodniowych wizyt w kawiarni. Niby przejazdem.
Nie spieszymy się z niczym. Jest dobrym, spokojnym człowiekiem. A ja po raz pierwszy w życiu jestem z kimś, kto patrzy na mnie tak, jak patrzyła babcia. Jakbym była coś warta.
O rodzinie słyszę czasem, choć rzadko. Ksawery zbankrutował. Audi wróciło do banku. Mieszkanie też.
Ojciec i matka wciąż mieszkają w tym swoim domu z wyremontowaną łazienką. Coraz bardziej samotni, coraz bardziej zgorzkniali, wciąż przekonani, że to im wyrządzono krzywdę. Nie żywię do nich nienawiści. Nienawiść to za dużo uczucia dla ludzi, którzy nie potrafili go dać.
Czuję raczej litość i wdzięczność, że babcia otworzyła mi oczy, zanim było za późno. Czasem, wieczorami, kiedy zamykam piekarnię i ostatni klienci znikają za zakrętem, siadam na ganku pod jabłoniami. Wisła szumi gdzieś w oddali. W powietrzu unosi się zapach ciepłego chleba i kwiatów.
A ja patrzę na dom z niebieskimi okiennicami i myślę o niej. O drobnej, twardej kobiecie, która na łożu śmierci nauczyła mnie najważniejszej rzeczy w życiu. Że wartość człowieka nie mierzy się tym, ile ma pieniędzy, ale tym, jak traktuje ludzi, którzy nie mogą mu się do niczego przydać. „Ludzie pokazują ci, kim są” – mawiała.
„Trzeba tylko mieć oczy otwarte”. Miałam je zamknięte przez całe życie. To babcia je otworzyła.
I za to będę jej wdzięczna do końca moich dni.


