Dwa dni po weselu syna zadzwonił do mnie kierownik sali. „Panie Jerzy, proszę niczego nie mówić żonie. Musi pan usłyszeć, co zostało nagrane po państwa wyjściu”

Rozdział 1. Telefon, którego nie powinienem dostać

Dwa dni po weselu mojego jedynego syna siedziałem przy kuchennym stole i liczyłem ostatnie rachunki od usługodawców. Cała uroczystość kosztowała mnie prawie sto czterdzieści tysięcy złotych, ale nie żałowałem ani jednej złotówki. Paweł miał trzydzieści siedem lat, długo nie potrafił ułożyć sobie życia, a kiedy poznał Natalię, pierwszy raz od dawna wyglądał naprawdę szczęśliwie. Barbara, moja żona od czterdziestu dwóch lat, powiedziała nawet podczas wesela, że wreszcie możemy przestać się o niego martwić. Patrzyłem na zdjęcia z przyjęcia i myślałem, że może rzeczywiście wszystko zaczyna się układać. Wtedy zadzwonił telefon.

Na ekranie pojawiło się nazwisko pana Roberta, kierownika hotelu pod Poznaniem, w którym odbywało się wesele. Znałem go tylko z przygotowań, więc pomyślałem, że znaleźli jakiś płaszcz albo trzeba dopłacić za dodatkowe godziny obsługi. Tymczasem jego głos był cichy i wyraźnie spięty. — Panie Jerzy, czy jest pan sam? — zapytał. Spojrzałem na Barbarę, która podlewała kwiaty przy oknie, i odpowiedziałem, że tak. Po chwili usłyszałem: — Proszę niczego nie mówić żonie. Najlepiej, żeby przyjechał pan sam.

  

Serce zaczęło mi bić szybciej. Robert wyjaśnił, że w małym saloniku przeznaczonym dla najbliższej rodziny zostało po weselu włączone nagłośnienie, którego używano wcześniej do krótkich toastów i nagrań dla kamerzysty. Podczas porządkowania sprzętu technik odkrył kilkanaście minut dźwięku nagranego już po wyjściu większości gości. Na nagraniu były dwie osoby. Moja żona Barbara i moja nowa synowa Natalia.

— To coś złego? — zapytałem.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Nie wiem, jak pan to odbierze — odpowiedział Robert. — Ale gdybym był na pana miejscu, chciałbym to usłyszeć.

Nie powiedziałem Barbarze prawdy. Wziąłem kluczyki i rzuciłem tylko, że jadę odebrać fakturę, którą źle wystawiono. Przed wyjściem pocałowała mnie w policzek i poprosiła, żebym po drodze kupił chleb.

Dzisiaj pamiętam ten drobiazg bardziej niż całe wesele.

Chleb.

Jakby to był zupełnie zwyczajny poniedziałek.

Rozdział 2. „On nawet nie wie, ile to jest warte”

Robert zaprowadził mnie do niewielkiego biura na tyłach hotelu. Nie robił przedstawienia, nie opowiadał, co mam myśleć. Po prostu włączył plik. Najpierw słyszałem przesuwane krzesła, brzęk kieliszków i śmiech dobiegający gdzieś z korytarza. Potem głos Natalii.

— Myślałam, że nigdy nie skończą tych toastów.

Barbara zaśmiała się.

— Najważniejsze, że Jerzy jest zadowolony.

Natalia odpowiedziała:

— Zadowolony? On prawie się popłakał, jak płacił ostatnią ratę za wesele. Naprawdę myśli, że Paweł jest teraz ustawiony.

— Będzie ustawiony — powiedziała Barbara. — Jak już załatwimy dom.

Poczułem, jak zaciskają mi się palce.

Mieszkaliśmy z Barbarą w domu na obrzeżach Poznania od ponad trzydziestu lat. Kiedy go budowaliśmy, wokół były pola i kilka starych gospodarstw. Dziś okolica wyglądała zupełnie inaczej. Nowe osiedla, magazyny, droga szybkiego ruchu kilka kilometrów dalej. Miałem świadomość, że ziemia podrożała, ale nigdy poważnie nie myślałem o sprzedaży.

Na nagraniu Natalia zapytała:

— A jeśli odmówi?

Barbara odpowiedziała bez chwili zastanowienia:

— Nie odmówi. Trzeba tylko zrobić to spokojnie. Paweł powie, że chodzi o zabezpieczenie rodziny. Ja powiem, że i tak kiedyś wszystko będzie jego.

Natalia westchnęła.

— Mam nadzieję. Bo Paweł naprawdę potrzebuje tych pieniędzy.

To zdanie mnie zaskoczyło.

Paweł pracował jako kierownik w hurtowni budowlanej. Nie zarabiał fortuny, ale nigdy nie powiedział mi, że ma problemy.

Potem usłyszałem coś jeszcze.

— Najważniejsze, żeby Jerzy nie dowiedział się teraz, ile może być warta cała działka — powiedziała Natalia. — Bo wtedy zacznie kombinować.

Barbara parsknęła.

— On myśli, że to może dziewięćset tysięcy. Niech tak myśli.

Robert zatrzymał nagranie.

Spojrzałem na niego.

— Jest coś więcej?

Skinął głową.

— Niestety.

Na końcu Natalia zapytała:

— A jeśli znowu zacznie mówić, że chce wszystko sprawdzić u swojego prawnika?

Moja żona odpowiedziała:

— To mu przypomnimy, że ostatnio coraz więcej zapomina.

Rozdział 3. Człowiek, który całe życie pamiętał

Mam sześćdziesiąt dziewięć lat. Zdarza mi się szukać okularów, które mam na głowie, albo wejść do garażu i przez chwilę nie pamiętać, po co przyszedłem. Nie uważałem tego nigdy za tragedię. Barbara też zapominała, gdzie zostawiła telefon, i potrafiła trzy razy opowiedzieć mi tę samą historię o sąsiadce. Tylko że od kilku miesięcy moje drobne pomyłki zaczęły być przez nią komentowane inaczej.

— Jerzy, znowu nie pamiętasz.

— Jerzy, naprawdę powinieneś zacząć zapisywać takie rzeczy.

— Jerzy, może nie zajmuj się już bankiem, bo kiedyś coś pomylisz.

Nigdy nie pomyślałem, że może być w tym jakiś plan.

Przez trzydzieści pięć lat prowadziłem niewielką firmę transportową. Nie miałem trzystu ciężarówek ani majątku liczonego w dziesiątkach milionów. W najlepszym okresie jeździło u mnie czternaście samochodów, zatrudniałem dwudziestu kilku ludzi i pracowałem więcej, niż powinien pracować człowiek z rodziną. Zaczynałem od starego Jelcza kupionego razem ze szwagrem, a kończyłem z porządną bazą i dwiema halami. Cztery lata wcześniej sprzedałem większość działalności długoletniemu wspólnikowi. Została mi część udziałów, trochę oszczędności, dom i działka.

Paweł nigdy nie chciał przejąć firmy.

Kiedy był młody, bolało mnie to. Z czasem zaakceptowałem, że nie każdy syn musi żyć tak samo jak ojciec. Pomogłem mu kupić pierwsze mieszkanie, spłaciłem jeden nieszczęśliwy kredyt i kilka razy wyciągałem go z kłopotów, o których Barbara mówiła: „Młodzi teraz mają trudniej”.

Natalia pojawiła się w jego życiu trzy lata wcześniej.

Była energiczna, zadbana, umiała szybko nawiązywać kontakt. Pracowała w sprzedaży mieszkań i od początku interesowała się nieruchomościami znacznie bardziej niż Paweł. Kilka razy żartowała przy stole, że nasza działka to „złoto”, tylko my uparcie siedzimy na niej jak dwa stare koty.

Śmiałem się wtedy razem z nią.

Po nagraniu z hotelu przestało mnie to bawić.

Rozdział 4. Pierwsza rzecz, której nie powiedziałem żonie

Nie wróciłem od razu do domu.

Zadzwoniłem do mecenas Anny Jankowskiej, która prowadziła kiedyś sprzedaż mojej firmy. Powiedziałem tylko, że chcę sprawdzić kilka rzeczy związanych z nieruchomością i rodzinnymi pełnomocnictwami. Nie opowiadałem jej jeszcze o nagraniu. Nie byłem nawet pewien, czy chcę uwierzyć w to, co usłyszałem.

Spotkaliśmy się tego samego popołudnia.

Anna zaczęła od prostego pytania:

— Czy podpisywał pan ostatnio jakieś dokumenty dotyczące domu?

— Nie.

— Pełnomocnictwo dla syna?

— Nie.

— Darowiznę?

— Nie.

— Czy ktoś proponował?

Zawahałem się.

Miesiąc wcześniej Barbara rzeczywiście przyniosła do kuchni kilka kartek. Powiedziała, że Paweł chce „uporządkować kwestie rodzinne”, żeby w przyszłości nie było problemów ze spadkiem. Nie podpisałem, bo chciałem najpierw przeczytać wszystko spokojnie. Barbara wtedy się zdenerwowała.

— Czy ma pan te dokumenty? — zapytała Anna.

Nie miałem.

Po powrocie do domu zajrzałem do szuflady, w której Barbara trzymała ważniejsze papiery.

Teczki nie było.

Wieczorem siedzieliśmy razem przed telewizorem. Barbara zrobiła herbatę, przykryła mi nogi kocem i zapytała, czy załatwiłem sprawę w hotelu. Patrzyłem na kobietę, z którą przeżyłem ponad czterdzieści lat. Była przy mnie, kiedy umarła moja matka. Wychowała ze mną syna. Czekała na mnie nocami, kiedy wracałem z tras.

Nie umiałem jeszcze pogodzić tej Barbary z głosem z nagrania.

— Załatwiłem — odpowiedziałem.

To był pierwszy raz od bardzo wielu lat, kiedy świadomie ją okłamałem.

Rozdział 5. Paweł miał dług

Dwa dni później Anna oddzwoniła.

Poprosiła, żebym przyjechał.

Na stole leżało kilka wydruków dotyczących nieruchomości i planów zagospodarowania okolicy. Nie było żadnego wielkiego sekretu. Od kilkunastu miesięcy w pobliżu mojej działki interesowały się gruntami dwie firmy związane z budową obiektów usługowych. Nie oznaczało to, że ktoś jutro zapłaci mi fortunę, ale przy odpowiednich zmianach działka rzeczywiście mogła być warta znacznie więcej niż zwykły dom.

— Ile? — zapytałem.

— Trudno powiedzieć. Sam dom może być wart dziewięćset tysięcy, może trochę więcej. Ale całość w odpowiednich warunkach może zainteresować inwestora za półtora miliona albo więcej.

Przypomniałem sobie słowa Natalii.

„On myśli, że to może dziewięćset tysięcy. Niech tak myśli.”

Anna zauważyła moją minę.

— Ktoś jeszcze zna te informacje?

— Chyba mój syn i synowa.

— Skąd?

— Natalia pracuje przy nieruchomościach.

Później wyszła druga sprawa.

Paweł od ponad roku miał długi.

Nie ogromne. Nie miliony. Ale wystarczająco duże, żeby człowiek budził się w nocy. Kupił z kolegą dwa mieszkania pod remont i sprzedaż. Jedno udało się sprzedać, drugie utknęło. Do tego doszły pożyczki, leasing samochodu i kilka zobowiązań, o których mnie nie informował.

Dowiedziałem się o tym nie z żadnego tajnego śledztwa.

Sam mi powiedział.

Zaprosiłem go na kawę.

— Paweł, masz długi?

Najpierw zaprzeczył.

Potem spuścił wzrok.

— Trochę.

— Ile to jest trochę?

— Około dwustu tysięcy.

Prawie upuściłem filiżankę.

— Dlaczego mi nic nie powiedziałeś?

— Bo zawsze patrzysz na mnie, jakbym wszystko robił źle.

To zabolało, bo częściowo miał rację.

Byłem wymagającym ojcem.

Ale nigdy nie odmówiłbym mu rozmowy.

— Dlatego potrzebujecie domu?

Paweł podniósł głowę.

— Jakiego domu?

Kłamał źle.

Znałem go od dnia narodzin.

Rozdział 6. „Tato, przecież kiedyś i tak będzie moje”

Paweł w końcu westchnął.

— Mama powiedziała ci?

— Nie.

— To skąd wiesz?

— Odpowiedz na pytanie.

Przetarł twarz dłońmi.

Powiedział, że Natalia od kilku miesięcy rozmawia z pośrednikiem, który zna ludzi zainteresowanych ziemią w naszej okolicy. Barbara miała pomysł, żebyśmy przepisali moją część domu na Pawła wcześniej. Według nich to miało „ułatwić sprawy”. Paweł mógłby wtedy wykorzystać swoją przyszłą część jako zabezpieczenie albo po sprzedaży spłacić zobowiązania.

— Czyli chcecie sprzedać mój dom?

— Nie teraz.

— A kiedy?

— Tato, przecież kiedyś i tak będzie mój.

To zdanie zapamiętałem dokładnie.

Nie dlatego, że było brutalne.

Dlatego, że Paweł powiedział je zupełnie spokojnie.

Jakby mówił o starym rowerze, który po mnie zostanie.

— Wiedziałeś, że Natalia rozmawia o tym z mamą?

Skinął głową.

— Wiedziałeś, że chcą, żebym podpisał pełnomocnictwo?

Znowu skinął.

— A to, że mama mówi ludziom, że mam problemy z pamięcią?

Tym razem spojrzał w bok.

I właśnie wtedy poczułem coś znacznie gorszego niż złość.

— Paweł?

Milczał.

— Wiedziałeś?

— Mama mówiła, że ostatnio jesteś bardziej roztargniony.

— To nie było moje pytanie.

— Tato, nie rób z tego czegoś większego, niż jest.

Patrzyłem na niego długo.

— Czyli wiedziałeś.

Nie zaprzeczył.

To była odpowiedź.

Rozdział 7. Czterdzieści dwa lata

Z Barbarą porozmawiałem tego samego wieczoru.

Nie pokazałem jej nagrania.

Chciałem najpierw usłyszeć jej wersję.

— Dlaczego chcesz przepisać moją część domu na Pawła?

Zamarła na chwilę.

Potem postawiła filiżankę na stole.

— Bo jest naszym synem.

— To nie jest odpowiedź.

— Jerzy, mamy prawie siedemdziesiąt lat. Ile jeszcze zamierzasz wszystkiego pilnować jak magazynu?

— Dopóki jestem właścicielem, chyba mogę.

— Właśnie o to chodzi. Wszystko zawsze musi być twoje.

Poczułem, że pierwszy raz od wielu lat otwierają się drzwi do rozmowy, której nigdy naprawdę nie odbyliśmy.

Barbara miała do mnie żal.

Nie od miesiąca.

Od dziesięcioleci.

Mówiła, że firmę zawsze stawiałem pierwszą. Że kiedy Paweł był mały, ona chodziła na wywiadówki, lekarzy i przedstawienia, a ja byłem „gdzieś między Poznaniem a Szczecinem”. Że dom kupiliśmy wspólnie, ale kiedy chodziło o większe pieniądze, zawsze decydowałem ja.

Nie wszystko było niesprawiedliwe.

Wysłuchałem jej.

— Masz prawo mieć do mnie żal — powiedziałem. — Ale nie masz prawa robić ze mnie człowieka, który nie potrafi decydować o sobie.

Barbara zbladła.

— O czym ty mówisz?

— O tym, że podobno coraz więcej zapominam.

— Bo zapominasz.

— Ty też.

Wstała.

— Nie będę z tobą dyskutować, jeśli zamierzasz robić awanturę.

— Nie robię awantury.

— Natalia miała rację.

To zdanie wyrwało jej się za szybko.

Zapadła cisza.

— W czym Natalia miała rację?

Barbara spojrzała na mnie.

I wtedy już wiedziałem, że nagranie nie było żartem, nieporozumieniem ani źle wyrwanym fragmentem rozmowy.

— Jerzy, Paweł ma problemy. Potrzebuje pomocy. My mamy coś, co może mu tę pomoc dać.

— Więc trzeba było mnie o nią poprosić.

— Odmówiłbyś.

— Nie wiesz tego.

— Znam cię czterdzieści dwa lata.

Spojrzałem jej prosto w oczy.

— Właśnie zaczynam się zastanawiać, czy ja znam ciebie.

Rozdział 8. Rodzinny obiad

Barbara sama zaproponowała spotkanie w następną niedzielę.

Powiedziała, że nie ma sensu „ciągnąć tego tygodniami”. Mieli przyjść Paweł z Natalią. Barbara zaprosiła również notariusza, którego Natalia znała z pracy. Według niej mieliśmy tylko „porozmawiać o możliwościach” i ewentualnie przygotować dokumenty na później.

Zgodziłem się.

Ale poprosiłem Annę Jankowską, żeby również była obecna.

Nie powiedziałem o tym rodzinie.

W niedzielę Barbara przygotowała rosół, pieczeń i sernik. To było niemal groteskowe. Zapach obiadu był taki sam jak na setkach rodzinnych spotkań wcześniej.

Natalia przyszła elegancko ubrana.

Paweł był blady.

Notariusz pojawił się chwilę później z teczką.

Kiedy wszyscy usiedli, Barbara zaczęła:

— Jerzy, wszyscy tu jesteśmy, bo chcemy uniknąć niepotrzebnych konfliktów.

— Ja też.

Natalia od razu przeszła do rzeczy.

— Chodzi tylko o uporządkowanie przyszłości. Nikt ci niczego nie zabiera.

— To dobrze.

— Paweł jest jedynym synem. Nie ma sensu czekać dziesięciu czy piętnastu lat, jeśli można część rzeczy zrobić teraz.

Spojrzałem na Pawła.

Milczał.

Notariusz wyjął dokumenty.

— Rozumiem, że rozważają państwo darowiznę udziału w nieruchomości na rzecz syna, z możliwością zabezpieczenia pańskiego prawa do zamieszkiwania…

Podniosłem rękę.

— Zanim zaczniemy, ja też kogoś zaprosiłem.

Dzwonek do drzwi rozległ się niemal w tej samej chwili.

Anna weszła do salonu.

Natalia przestała się uśmiechać.

Rozdział 9. Jedno pytanie

Anna położyła swoją teczkę na stole.

— Pan Jerzy poprosił mnie o przejrzenie sytuacji prawnej nieruchomości i dokumentów, które wcześniej mu przedstawiano.

Barbara spojrzała na mnie.

— Po co to wszystko?

— Żeby nie było nieporozumień.

Natalia zaczęła tłumaczyć, że nikt nie próbował niczego ukrywać. Powiedziała, że wartość ziemi jest „tylko orientacyjna”, że inwestor może się wycofać i że cała sprawa miała służyć Pawłowi, nie jej.

Pozwoliłem jej mówić.

Potem wyjąłem z kieszeni mały pendrive.

Nie puszczałem całego nagrania.

Nie było potrzeby.

Włączyłem tylko kilkadziesiąt sekund.

„Najważniejsze, żeby Jerzy nie dowiedział się teraz, ile może być warta cała działka.”

A potem:

„To mu przypomnimy, że ostatnio coraz więcej zapomina.”

Barbara zamknęła oczy.

Paweł patrzył na stół.

Natalia pierwsza się odezwała.

— To jest wyrwane z kontekstu.

— Możliwe — odpowiedziałem. — Dlatego chciałem usłyszeć was tutaj.

Spojrzałem na Barbarę.

— Od jak dawna planowałaś przekonać mnie, że nie radzę sobie z własnymi sprawami?

— Jerzy…

— Nie pytam, czy mnie kochasz. Nie pytam, czy chciałaś pomóc Pawłowi. Pytam, od jak dawna.

Nie odpowiedziała.

Wtedy odwróciłem się do syna.

To było dla mnie najtrudniejsze.

— Paweł, wiedziałeś, że tak ze mną rozmawiają?

Ścisnął dłonie.

— Tato…

— Wiedziałeś?

Natalia poruszyła się na krześle.

— Paweł, nic nie mów.

Spojrzałem na niego.

— Nie pytam Natalii.

Minęło kilka sekund.

Paweł nadal patrzył na stół.

Nie powiedział „tak”.

Nie powiedział „nie”.

Nie musiał.

W tej ciszy usłyszałem wszystko.

Rozdział 10. Dom nie był najważniejszy

Nie podpisałem żadnego dokumentu.

Notariusz zamknął teczkę i wyszedł po kilku minutach, wyraźnie zażenowany sytuacją. Anna została jeszcze chwilę. Ustaliliśmy, że żadne pełnomocnictwo nie zostanie udzielone, a jeśli kiedykolwiek zdecyduję się sprzedać nieruchomość, zrobię to na własnych warunkach.

Paweł wyszedł bez słowa.

Natalia próbowała na koniec powiedzieć, że kiedyś zrozumiem, iż „chcieli tylko zabezpieczyć rodzinę”.

Barbara została.

Usiadła przy stole.

Sernik nadal stał nietknięty.

— I co teraz? — zapytała.

Nie wiedziałem.

Nie miałem przygotowanej zemsty.

Nie zamierzałem wyrzucać jej na ulicę po czterdziestu dwóch latach ani odbierać synowi wszystkiego tylko po to, żeby patrzeć, jak cierpi.

Byłem przede wszystkim zmęczony.

— Teraz potrzebuję czasu — odpowiedziałem.

Przez następne miesiące mieszkaliśmy z Barbarą pod jednym dachem, ale w osobnych pokojach. Rozmawialiśmy więcej niż przez poprzednich dziesięć lat. Czasem się kłóciliśmy. Czasem po prostu siedzieliśmy w kuchni i mówiliśmy o rzeczach, których nigdy wcześniej nie mieliśmy odwagi nazwać.

Nie usprawiedliwiłem tego, co zrobiła.

Ale zrozumiałem, skąd wzięła się część jej złości.

To nie wystarczyło, żeby odbudować zaufanie.

Ostatecznie zdecydowaliśmy się rozstać.

Bez wielkiej wojny.

Bez publicznych oskarżeń.

Po prostu po czterdziestu dwóch latach okazało się, że zostaliśmy ludźmi, którzy potrafią jeszcze pamiętać wspólne życie, ale nie potrafią już wspólnie planować następnego dnia.

Rozdział 11. „Tato, możemy porozmawiać?”

Dom sprzedałem prawie rok później.

Nie za bajeczne miliony.

Po kilku negocjacjach działkę kupiła firma, która planowała w okolicy niewielki obiekt usługowy. Cena była wyższa, niż pierwotnie zakładałem. Z Barbarą podzieliliśmy pieniądze zgodnie z ustaleniami przy rozstaniu.

Kupiłem dwupokojowe mieszkanie na spokojnym osiedlu pod Poznaniem.

Pierwszy raz od ponad trzydziestu lat nie miałem garażu.

Trochę mnie to bolało.

Paweł musiał sam ułożyć swoje finanse.

Pomogłem mu raz — nie pieniędzmi.

Dałem mu numer dobrego doradcy restrukturyzacyjnego i powiedziałem:

— Jeśli naprawdę chcesz wyjść z długów, zacznij od powiedzenia prawdy o wszystkich.

Nie wiem, jak skończy się jego małżeństwo z Natalią.

Nie pytam.

Nie chcę już zarządzać życiem dorosłego syna.

Kilka miesięcy po przeprowadzce siedziałem rano przy małym stole obok okna. Piłem kawę i czytałem gazetę. Telefon zawibrował.

Paweł.

„Tato, możemy porozmawiać?”

Patrzyłem na wiadomość długo.

Jeszcze rok wcześniej odpisałbym natychmiast.

Zadzwoniłbym.

Pojechał.

Rozwiązał problem.

Tego dnia położyłem telefon ekranem do dołu.

Nie dlatego, że przestałem go kochać.

Był moim synem.

Zawsze będzie.

Ale po raz pierwszy zrozumiałem, że miłość do dziecka nie oznacza zgody na wszystko, co dziecko robi.

Podszedłem do okna.

Na dole starszy sąsiad wyprowadzał psa. Kobieta z naprzeciwka trzepała obrus na balkonie. Ktoś uruchomił samochód.

Nic wielkiego się nie działo.

I właśnie to było najlepsze.

Przez większość życia sądziłem, że moim obowiązkiem jest zostawić rodzinie jak najwięcej.

Dom.

Pieniądze.

Firmę.

Bezpieczeństwo.

Dopiero pod koniec siódmej dekady życia zrozumiałem, że powinienem był zostawić im również coś jeszcze:

świadomość, że jestem ich ojcem i mężem, ale nadal jestem osobnym człowiekiem.

Spojrzałem ponownie na telefon.

Wiadomość Pawła nadal tam była.

Nie usunąłem jej.

Nie odpowiedziałem też od razu.

Zrobiłem sobie drugą kawę, usiadłem przy oknie i pomyślałem, że przez całe lata wszyscy pytali mnie, komu kiedyś zostawię dom.

Po raz pierwszy nikt mnie o to nie pytał.

I mogłem wreszcie zastanowić się nad czymś ważniejszym:

jak chcę przeżyć czas, który jeszcze mi został.