Późnym wieczorem, gdy miasto powoli gasło, a na niebie wisiały ciężkie, listopadowe chmury, w małym mieszkaniu na trzecim piętrze zadzwonił telefon. Marta podniosła słuchawkę, spodziewając się, że to jej mąż, który wracał z nocnej zmiany. Zamiast tego usłyszała głos swojej matki – drżący, łamiący się w połowie zdania. – Marta, musisz przyjechać.

Twój ojciec… coś się z nim dzieje. – Co się dzieje? Mów konkretnie.
– Nie chce wychodzić z pokoju. Trzeci dzień. Zamknął się na klucz i nie odzywa. Przez drzwi słychać tylko, jak chodzi.
Chyba oszalał. Marta westchnęła. Jej ojciec, Henryk, zawsze był człowiekiem upartym i małomównym, ale nigdy nie zachowywał się w ten sposób. Emerytowany kolejarz, całe życie spędził na torach, a po przejściu na emeryturę wpadł w rutynę: poranna kawa, spacer do sklepu, gazeta, kolacja o osiemnastej, telewizor do dwudziestej drugiej.
Każdy dzień wyglądał tak samo. Aż do teraz. – Przyjadę jutro rano – powiedziała Marta, chociaż w jej głowie klębiły się setki myśli. Od lat nie odwiedzała rodziców tak często, jak powinna.
Własne życie, dzieci, praca w biurze rachunkowym – zawsze coś stawało na przeszkodzie. Ale teraz, gdy usłyszała ten drżący głos matki, poczuła ukłucie winy. Następnego dnia o świcie wsiadła w samochód. Podróż trwała prawie trzy godziny, a przez cały czas padał drobny, zimny deszcz.
Wycieraczki jednostajnie przesuwały się po szybie, a Marta bez końca powtarzała w myślach, co może być przyczyną dziwnego zachowania ojca. Może to objaw jakiejś choroby? Może po prostu starość? A może coś, o czym nie wie?
Dom rodziców stał na skraju osiedla, wśród starych, rozłożystych lip. Kiedyś to miejsce wydawało jej się przytulne, teraz wyglądało na zaniedbane. Trawa wokół furtki była za wysoka, a rolety w pokoju ojca były opuszczone, mimo że dochodziła już jedenasta. Marta zapłaciła taksówkarzowi i weszła do środka.
Matka czekała w korytarzu. Była blada, podkrążone oczy świadczyły o nieprzespanych nocach. Uściskała córkę bez słowa i wskazała w stronę zamkniętych drzwi. – Od trzech dni nie wziął do ust nic poza wodą – wyszeptała.
– Nie chce ze mną rozmawiać. Nie wpuszcza nawet doktora. Marta podeszła do drzwi i zapukała. Odpowiedziała jej cisza.
– Tato? To ja, Marta. Otwórz. Zza drzwi dobiegł jedynie cichy, gardłowy dźwięk.
Jakby ktoś coś mamrotał do siebie, ale słowa były niewyraźne, jakby przytłumione przez materiał. – Tato, otwórz, porozmawiajmy. Martwimy się o ciebie. Cisza.
Potem szuranie nóg po podłodze i ciężki łoskot, jakby ktoś upuścił coś na deski. Marta spojrzała na matkę, która stała za jej plecami, ściskając w dłoniach brzeg fartucha. – Co się stało w czwartek? – zapytała Marta.
– To wtedy się zamknął? Matka skinęła głową. – Był na spacerze. Jak zwykle.
Wrócił, ale był jakiś inny. Zielony na twarzy. Pomyślałam, że to serce, chciałam dzwonić po karetkę, ale on na mnie krzyknął, żebym się nie wtrącała. Poszedł do swojego pokoju i zamknął drzwi.
– Nie powiedział, co się stało? – Nic. Tylko to jedno. Nie może mnie widzieć.
Marta próbowała wyciągnąć z ojca cokolwiek przez najbliższe godziny. Stawała pod drzwiami, mówiła do niego łagodnym tonem, proponowała jedzenie, herbatę, rozmowę. Nic. Ojciec albo milczał, albo odpowiadał pojedynczymi, urywanymi słowami, których nie sposób było zrozumieć.
Wieczorem, siedząc w kuchni przy zimnej herbacie, Marta powiedziała do matki:
– Muszę się dowiedzieć, co się wydarzyło na tym spacerze. Gdzie on chodzi? – Zawsze tą samą drogą. Do parku, potem wokół stawu, potem wraca przez stare tory.
Mówił, że lubi patrzeć na pociągi. Marta postanowiła, że następnego dnia pójdzie tą samą trasą. Nie miała pojęcia, czego szuka, ale wiedziała, że siedzenie w domu niczego nie rozwiąże. Może zobaczy coś, co ojciec zobaczył?
Może to jakiś wypadek? Świadek czegoś? Rano wyszła, zanim matka zdążyła zaprotestować. Park był pusty.
Deszcz ustał, ale wszystko było mokre i szare. Marta szła powoli, rozglądając się na boki. Była już przy stawie, gdy zauważyła coś dziwnego. Na jednej z ławek, ustawionych tyłem do ścieżki, siedział starszy mężczyzna.
Miał na sobie płaszcz, kapelusz i szalik. Nie ruszał się. Marta podeszła bliżej, myśląc, że to ktoś odpoczywa. Gdy znalazła się kilka metrów od ławki, mężczyzna odwrócił głowę.
Jego oczy były nienaturalnie białe, bez tęczówek. Uśmiechnął się. To nie był ludzki uśmiech – raczej wykrzywienie ust, które odsłoniło zęby. Marta poczuła, jak całe ciało przebiega jej dreszcz.
Chciała krzyknąć, ale nie mogła wydobyć z siebie głosu. Mężczyzna wstał i powoli ruszył w jej stronę. Jego ruchy były zbyt płynne, zbyt precyzyjne, jakby każda część ciała poruszała się niezależnie. – Szukasz ojca?
– zapytał. Jego głos brzmiał jak szelest suchych liści. Marta cofnęła się o krok. Uderzyła plecami o latarnię.
Mężczyzna zatrzymał się w odległości wyciągniętej ręki. – Twój ojciec widział coś, czego nie powinien był widzieć – powiedział. – I teraz płaci za to, że nie umiał tego zatrzymać dla siebie. Ale ty jesteś inna.
Ty możesz jeszcze wybrać. – Czego… czego szukasz? – wykrztusiła.
– Nie ja szukam. Ja tylko pilnuję. Pilnuję, żeby to, co on zobaczył, nigdy nie wyszło poza granice jego umysłu. Ty też powinnaś o tym zapomnieć.
Wróć do domu. Zostaw go. Jest już za późno. Marta wiedziała, że powinna uciekać, ale nogi miała jak z waty.
Mężczyzna uśmiechnął się ponownie, odwrócił i odszedł, rozpływając się wśród drzew szybciej, niż pozwalała na to odległość. Marta stała jeszcze przez chwilę, zanim zmusiła się do odwrotu. Biegła przez całą drogę do domu, łapiąc oddech dopiero na progu. – Co ci się stało?
– zapytała matka, widząc jej bladą twarz. – Nic. Muszę porozmawiać z ojcem. Natychmiast.
Wróciła pod jego drzwi. Tym razem nie zapukała. Mocno uderzyła w nie dłonią i powiedziała głośno, wyraźnie:
– Tato, wiem, że coś widziałeś w parku. Widziałem tego człowieka.
Siedział na ławce. I wiem, że nie jest człowiekiem. Za drzwiami zapanowała cisza. Potem usłyszała skrzypienie łóżka i odgłos kroków.
Zamek kliknął dwa razy. Drzwi uchyliły się. Ojciec stał w półmroku, wychudzony, z zapadniętymi policzkami i dziko rozbieganymi oczami. Na jego szyi, tuż pod koszulą, Marta dostrzegła dziwny znak – przypominający ciemny, spuchnięty siniak o kształcie, którego nie potrafiła nazwać.
– Wejdź – powiedział ochryple. – I zamknij drzwi. W pokoju panował bałagan. Zasłony były zaciągnięte, a na podłodze walały się kawałki papieru, porwane zdjęcia i puste butelki.
Ojciec usiadł na brzegu łóżka, opierając łokcie na kolanach. – Musisz wyjechać – powiedział. – Jutro. Nie wracać tutaj.
– Nie wyjadę, dopóki nie powiesz mi, co się dzieje. Henryk przez chwilę patrzył w podłogę. Potem wyciągnął z kieszeni złożoną kartkę. Podał ją Marcie.
Była to wyrwana z notatnika kartka, zapisana drobnym, drżącym pismem:
„Nie mów nikomu, co widziałeś. Jeśli powiesz, przyjdzie po twoją rodzinę. Oni wiedzą, kim jesteś. Oni wiedzą wszystko”.
Marta przeczytała to dwa razy. Podniosła wzrok na ojca. – Co widziałeś? Henryk westchnął.
Mówił wolno, jakby każde słowo sprawiało mu ból. – Szedłem jak zwykle przez park. Było jeszcze jasno. Usiadłem na chwilę na ławce, żeby odpocząć.
I wtedy zobaczyłem ich. Dwoje ludzi. Szli alejką, ale nie szli normalnie. Oni…
płynęli. Stopy nie dotykały ziemi. Byli ubrani tak, jak wszyscy, ale twarze mieli puste. Gładkie.
Bez oczu, bez ust. Momentalnie podnieśli głowy, gdy mnie zobaczyli. Ja też ich widziałem. I wtedy jeden z nich uniósł rękę.
Nie, nie uniósł – po prostu pokazał palcem w moją stronę. Usłyszałem głos. W głowie. Mówił: „Zapomnisz o tym”.
Ale ja nie zapomniałem. Gdy odwróciłem się do ucieczki, oni już stali za moimi plecami. Zanim cokolwiek zrobiłem, jeden z nich dotknął mojego karku. Od tego czasu czuję to w całym ciele.
Jakby coś we mnie siedziało. Coś, co słucha, co patrzy moimi oczami. – To niemożliwe – powiedziała Marta, chociaż w jej głosie nie było przekonania. – Możliwe.
Bo to, co zobaczyłaś na ławce, to jeden z nich. Tylko przybrał postać mężczyzny, żeby cię przestraszyć. Nie wiem, ile ich jest. Ale wiem, że nie odpuszczą, dopóki nie umrę albo dopóki nie przestanę stwarzać problemu.
A jedyny sposób, żeby przestał stanowić problem, to… – Nie mów tak. Znajdziemy pomoc. Pójdziemy na policję, do szpitala.
– Do szpitala? – Ojciec zaśmiał się gorzko. – Więc im powiesz, że twój ojciec oszalał i widzi ludzi bez twarzy? Wszyscy uznają, że to demencja.
Może tak właśnie chcą. Może to ich sposób – doprowadzić człowieka do takiego stanu, żeby nikt mu nie uwierzył. Marta siedziała w milczeniu. W głowie miała chaos.
Chciała wierzyć, że ojciec jest chory, że to zespół stresowy, że to zwykła paranoja. Ale obraz mężczyzny z ławki wciąż stał jej przed oczami. Nie mogła udawać, że tego nie widziała. I siniak na karku ojca.
Wyglądał zbyt regularnie, jakby ktoś wycisnął na skórze wzór. – Zostań tutaj – powiedziała. – Nie wychodź z pokoju. Ja coś wymyślę.
Ojciec pokręcił głową. – Oni już są. Czuję ich. W nocy są w pokoju.
Stoją w kącie. Patrzą. Czekają, aż zasnę. Nie śpię od trzech dni, bo wiem, że jeśli zamknę oczy, nie obudzę się.
– Skąd wiesz? Skąd masz pewność? – Bo przez sen do mnie mówią. Mówią, że jeśli zasnę, to mnie zabiorą.
Nie wiem dokąd. Ale nie chcę tam iść. Marta spędziła noc w domu rodziców. Nie spała.
Rano, gdy matka przygotowywała śniadanie, Marta usłyszała z pokoju ojca głuche uderzenie. Pobiegła do drzwi. Były zamknięte. Zapukała.
Nikt nie odpowiedział. Spróbowała otworzyć siłą. Zamek uległ po trzecim kopniakach. Ojciec leżał na podłodze w kałuży krwi.
W ręce trzymał nóż. Przy jego skroniach leżały dwa zdjęcia – jedno przedstawiało Martę, drugie jej matkę. Na każdym zdjęciu twarze były przekreślone czerwonym długopisem. – Nie zdążyłem – wyszeptał, gdy zobaczył Martę.
– Oni chcieli, żebym to zrobił. Mówili mi, że jeśli się nie zabiję, oni zrobią to wam. Wiedziałem, że to jedyny sposób, żeby was uratować. Ale nie mogłem.
Nie mogłem zostawić cię z tą świadomością. Karetka przyjechała po dwudziestu minutach. Ojciec miał głębokie cięcie na przedramieniu, ale lekarze zdążyli zatamować krwawienie. W szpitalu stwierdzili, że jest odwodniony, ma objawy silnego wyczerpania psychicznego i prawdopodobnie halucynacje.
Zalecili obserwację psychiatryczną. Marta siedziała na korytarzu, gdy podszedł do niej lekarz – młody, zmęczony mężczyzna. – Pani ojciec powtarza, że „oni” po niego przyjdą. Twierdzi, że widzi ludzi bez twarzy.
To typowe objawy ostrej psychozy. Mogło to wywołać przemęczenie, stres, a nawet infekcja. Nie ma się czym martwić – poddamy go leczeniu, za kilka tygodni powinien wrócić do siebie. Marta chciała mu powiedzieć o mężczyźnie z ławki.
O tym, co sama widziała. Chciała zapytać, dlaczego ojciec w jednej chwili jest spokojny, a w następnej zaczyna krzyczeć, że ktoś stoi w rogu sali, chociaż nikogo tam nie ma. Ale zamiast tego uścisnęła lekarzowi dłoń i wyszła. Na parkingu stała przez kilka minut, głęboko oddychając.
Chłodne powietrze nie pomagało. Wciąż czuła na sobie wzrok. Odwróciła się. Nikogo tam nie było.
Tylko samochody i pusty chodnik. Pojechała do domu. Matka czekała w korytarzu. – Co mówią lekarze?
– Mówią, że to zmęczenie. Przemęczenie psychiczne. Dadzą mu leki. – Wierzyłaś w to?
Marta zamilkła. Potem powiedziała:
– Musze wierzyć. Bo inaczej nie mam na czym się oprzeć. – Ale ty go widziałaś.
Mówiłaś, że widziałaś tego człowieka w parku. – Być może się przesłyszałam albo wydawało mi się. Matka spojrzała na nią tak, jakby pierwszy raz widziała swoje dziecko. – Nie okłamuj mnie, córko.
Widziałaś coś. Twój ojciec też coś widział. I nie wyglądało mu to na chorobę. Wiem, kiedy człowiek kłamie, a kiedy mówi prawdę.
On mówił prawdę. Marta nie odpowiedziała. Poszła do kuchni, nalała sobie wody i wypiła ją energicznymi łykami. Przez okno zobaczyła mężczyznę stojącego na chodniku za płotem.
Miał na sobie ten sam płaszcz i ten sam kapelusz. Patrzył prosto na nią. Potem powoli podniósł dłoń w geście pożegnania. Odwrócił się i zniknął za rogiem ulicy.
Marta odsunęła się od okna. Serce biło jej jak szalone. Nie mogła powiedzieć matce, co go widziała. Nie mogła też udawać, że to się nie dzieje.
Ale co mogła zrobić? Iść na policję z informacją, że po jej ojcu polują istoty bez twarzy? Zostałaby wyśmiana. W nocy nie mogła zasnąć.
Leżała na kanapie w salonie, wsłuchując się w odgłosy domu. Skrzypienie. Szelest. Pomyślała o ojcu, który przez trzy dni nie zamknął oczu, bo bał się, że nie obudzi.
Zrozumiała, dlaczego tak się bał. Bo teraz, w ciszy swojego dawnego pokoju, czuła coś podobnego. Jakby obserwowała ją obecność, która czekała na jej słabość. Rano zadzwoniła do szpitala.
Ojciec spał. Po raz pierwszy od kilku dni. Na oddziale psychiatrycznym. Pod stałą obserwacją.
Lekarz powiedział, że leki zaczęły działać, że halucynacje ustępują. Marta chciała w to wierzyć. Naprawdę chciała. Ale gdy wieczorem wracała do domu, jej wzrok przykuł mężczyzna w płaszczu stojący na przystanku.
Stał i patrzył na jej samochód. Miał przecznicę za sobą. Gdy światło zmieniło się na zielone, Marta gwałtownie przyspieszyła i odjechała. W lusterku widziała go jeszcze przez chwilę, aż w końcu zniknął w ciemności.
Następnego dnia przyjechała do szpitala z kwiatami. Ojciec siedział na łóżku, patrząc przez okno. Gdy wszedł, odwrócił się do niej z uśmiechem, którego dawno u niego nie widziała. – Martuś, dobrze cię widzieć.
Co u was? Wszystko w porządku w domu? Jego głos był spokojny, choć nieco zmęczony. Marta odstawiła kwiaty, usiadła obok niego.
– Dobrze. Wszystko dobrze. Jak się czujesz? – Znacznie lepiej.
Te leki… zupełnie zmieniły moje myślenie. Nie wiem, co mi się wtedy wydawało. Chyba po prostu za dużo tych zmartwień.
Ale teraz jest dobrze. Naprawdę. Marta uścisnęła jego dłoń. Była ciepła, mocna.
Przez chwilę myślała, że być może naprawdę wszystko wróciło do normy. Że to była tylko choroba, tak jak mówili lekarze. Ojciec zaczął opowiadać o planach na wiosnę, o remoncie płotu, o tym, że chciałby odwiedzić swojego brata na Mazurach. Mówił płynnie, bez wahania.
Jakby nigdy nie było żadnej kartki, żadnego noża, żadnego siniaka na karku. Kiedy wychodziła, ojciec zatrzymał ją w drzwiach. – Martuś? Obiecaj mi coś.
– Co? – Jeśli kiedykolwiek znowu zacznę mówić o tych… istotach, tych ludziach bez twarzy… nie słuchaj mnie.
Nie daj się temu. Wróć tu, do szpitala, i powiedz lekarzom, żeby zwiększyli dawkę. Cokolwiek bym nie mówił, nie wierzysz mi. Dobrze?
Marta popatrzyła na niego. Jego oczy były spokojne, ale w kąciku ust dostrzegła drobne drżenie. – Dobrze – odpowiedziała. – I nie wracaj do tego parku.
Nigdy. – Dobrze. Wróciła do miasta późnym wieczorem. W mieszkaniu panowała cisza.
Spojrzała przez okno na ulicę. Nikogo tam nie było. Zwykła, pusta ulica. Latarnie rzucały ciepłe kręgi światła.
Marta przez chwilę stała, patrząc na nic. Potem zacisnęła dłonie i pomyślała o tym, co powiedziała lekarzowi: „Muszę wierzyć”. Bo to była jedyna droga, która pozwalała jej funkcjonować. Poszła do sypialni.
Zanim zgasiła światło, jeszcze raz wyjrzała przez okno. Na końcu ulicy stała postać. W płaszczu, w kapeluszu. Stała nieruchomo, zwrócona twarzą w stronę jej budynku.
Marta cofnęła się od okna i zasunęła zasłony. Położyła się do łóżka, ale nie zamknęła oczu. Leżała w ciemności, wsłuchując się w bicie własnego serca. Gdzieś w oddali, między blokami, rozległ się cichy dźwięk.
Jakby szelest suchych liści. Marta zamknęła oczy, mocno przyciskając powieki. Nie wstała. Nie wyjrzała.
Czekała, aż świt rozjaśni pokój. Dopiero wtedy pozwoliła sobie uwolnić się od napięcia. Rano, gdy wstała, na chodniku przed blokiem nikogo nie było. Tylko mokry beton i deszcz, który zmył wszelkie ślady.
Marta spakowała torbę. Miała wrócić do swojego życia, do pracy, do dzieci. Ale wiedziała, że część niej została w tamtym parku, na tej ławce, obok ojca. Telefon zadzwonił w poniedziałek rano.
To była matka. – Martuś? Twój ojciec… dziś w nocy znowu mówił o tych ludziach.
Obudził się z krzykiem, że ktoś stoi w rogu sali. Lekarze mówią, że to przejściowe pogorszenie. Ale on prosił, żeby ci powiedzieć… że oni nie zapominają.
I że cię widzieli. Marta wzięła głęboki oddech. Nie odpowiedziała od razu. – Mamo, ojciec jest chory.
Sama wiesz. Lekarze mówią, że tak czasem bywa. – Wiesz, że on nie kłamie. – Wiem – odpowiedziała Marta ciszej, niż zamierzała.
– Ale muszę wierzyć, że to minie. Bo jeśli nie… to co nam zostanie? Powieka jej drżała.
Odwróciła wzrok w stronę okna. Na parapecie siedział czarny ptak. Patrzył na nią przez szybę. Marta odsunęła się od okna i powiedziała matce:
– Porozmawiam z lekarzem prowadzącym.
Poproszę o konsultację psychiatryczną. Wszystko będzie dobrze. Gdy się rozłączyła, została sama w mieszkaniu. Wiedziała, że kłamie.
Wiedziała, że obiecała ojcu coś, czego nie będzie mogła spełnić. Ale czasem jedyne, co można zrobić, to udawać, że świat jest normalny. Że ludzie bez twarzy nie istnieją. Że to wszystko było tylko snem, chorobą, pomyłką.
Marta usiadła przy kuchennym stole, wzięła do ręki długopis i pustą kartkę. Nie wiedziała, co napisać. Właściwie wiedziała. Ale nie chciała zapisywać tego, co czuła, bo wtedy stałoby się to prawdą.
Na kartce zapisała tylko jedno zdanie: „Nie wrócę do tego parku”. Potem zmięła ją i wyrzuciła do kosza. Niemożliwe było zapomnieć o czymś, co się widziało. Nawet jeśli się udawało, że się tego nie widzi.
Spojrzała w okno. Ptak nadal tam siedział. Marta wstała, podeszła do okna i mocno zamknęła zasłony. Została w półmroku i nasłuchiwała własnego oddechu.
Na zewnątrz nie było żadnego dźwięku. Jakby miasto zamarło. W tym milczeniu zrozumiała, że od tej pory zawsze będzie musiała patrzeć przez ramię.
I że jedyne, co jej pozostało, to próbować żyć dalej, wiedząc, że być może wcale nie jest sama w swoim mieszkaniu.


