Krzysztof zadzwonił podczas kolacji i po raz trzeci zapytał, czy podpisałam już pełnomocnictwo do sprzedaży mieszkania po ciotce. Siedziałam przy kuchennym stole, jadłam odsmażane pierogi i przeglądałam rachunek za prąd. Telefon leżał obok talerza, więc nie musiałam włączać głośnika, żeby usłyszeć jego zniecierpliwienie.

— Ewa, bez tego dokumentu niczego nie załatwię — powiedział. — W banku też będą robić problemy. Rodzina jest od tego, żeby sobie ufać.
Miałam pięćdziesiąt cztery lata i coraz mniej cierpliwości do ludzi, którzy powtarzali słowo „rodzina” wtedy, gdy chodziło o pieniądze. Po śmierci mamy wróciłam do rodzinnego miasteczka pod Sandomierzem. Moja emerytura była jeszcze daleko, więc podjęłam pracę jako opiekunka w miejscowym hospicjum. Wynajmowałam dwa pokoje w bloku, spłacałam koszty domu opieki mamy i próbowałam uporządkować spadek po ciotce Helenie.
Krzysztof był jej synem chrzestnym i dalekim kuzynem z mojej strony. To on pomagał jej w ostatnich latach: robił zakupy, woził do lekarza, płacił rachunki. Po pogrzebie przyniósł mi teczkę z aktem zgonu, księgą wieczystą i formularzem pełnomocnictwa. Powiedział, że ciotka zostawiła mi mieszkanie, ale najlepiej szybko je sprzedać, zanim zaczną się opłaty.
Nie podpisałam. Odkładałam rozmowę, a Krzysztof dzwonił coraz częściej.
Następnego ranka dostałam nowego podopiecznego. Gdy weszłam do pokoju numer siedem, mężczyzna siedzący przy oknie odwrócił głowę i uśmiechnął się tak, jakbyśmy rozstali się tydzień wcześniej, a nie trzydzieści sześć lat temu.
— Nadal marszczysz brwi, kiedy czegoś nie rozumiesz — powiedział.
Jan był moją pierwszą miłością. W liceum odprowadzał mnie na autobus, przynosił drożdżówki z piekarni ojca i pisał listy na papierze wyrwanym z zeszytu do fizyki. Ja wyjechałam na studia pielęgniarskie do Lublina. On został, bo po zawale ojca przejął rodzinny sklep żelazny. Pisaliśmy przez rok, później coraz rzadziej. Żadne z nas nie powiedziało wprost, że to koniec.
Jan nigdy się nie ożenił. Ja miałam za sobą krótkie małżeństwo, rozwód i dorosłą córkę mieszkającą w Norwegii. Nie udawaliśmy, że można wrócić do siedemnastu lat. Rozmawialiśmy o nadciśnieniu, cenach leków, zamkniętym kinie i ludziach, których widywaliśmy na cmentarzu podczas Wszystkich Świętych.
Miał zaawansowanego raka trzustki. Wiedział, że czasu jest niewiele, ale nie znosił, gdy ktoś mówił do niego przesadnie łagodnym głosem.
Pewnego wieczoru Krzysztof zadzwonił, kiedy siedziałam przy łóżku Jana. Znowu pytał o pełnomocnictwo, konto ciotki i klucze do mieszkania. Jan słuchał bez komentarza. Dopiero po rozmowie poprosił, żebym podała mu wodę.
— Helena kupowała u nas śruby i farbę przez czterdzieści lat — powiedział. — Pod koniec życia zaczęła przychodzić z kartką, na której miała zapisane, ile pieniędzy zostało na koncie. Bała się, że ktoś jej zabiera.
— Dlaczego nic nie mówiłeś?
— Mówiłem jej. Odpowiadała, że Krzysztof tylko porządkuje sprawy.

Dwa dni później Jan poprosił mnie o rękę. Nie zrobił tego przy zachodzie słońca ani z pierścionkiem schowanym w cieście. Leżał pod kocem, a na stoliku stała niedopita herbata.
— Nie chcę udawać, że chodzi wyłącznie o dawną miłość — powiedział. — Kocham cię. Ale chcę też, żebyś przestała być sama wobec człowieka, który już raz wykorzystał starszą kobietę.
Odpowiedziałam, że małżeństwo nie rozwiąże spraw spadkowych. Jan skinął głową.
— Dlatego jutro przyjdzie mecenas Borkowski. Wszystko ci wyjaśni. Niczego nie podpiszesz, jeśli nie zrozumiesz każdego zdania.
Wieczorem zadzwoniłam do córki. Marta długo milczała, potem zapytała, czy robię to z miłości, czy z wdzięczności. Powiedziałam, że nie potrafię już oddzielić jednego od drugiego. Bała się, że ktoś wykorzystuje moją samotność, więc przyleciała dwa dni przed ceremonią. Usiadła z Janem w hospicyjnej kawiarence, przejrzała dokumenty z adwokatem i dopiero po godzinie podała mu rękę.
— Niech pan jej niczego nie oszczędza — powiedziała. — Mama całe życie sama sprzątała po cudzych decyzjach.
— Właśnie dlatego to robię — odpowiedział Jan.
Ślub odbył się tydzień później w pokoju hospicyjnym. Kierownik urzędu stanu cywilnego przyjechał po południu, a świadkami byli moja koleżanka z dyżuru i dawny pracownik Jana. Miałam granatową sukienkę po ostatniej Wigilii z mamą. Jan włożył marynarkę, choć pielęgniarka musiała pomóc mu zapiąć guziki.
Po ceremonii mecenas rozłożył dokumenty na stoliku. Jan sporządził wcześniej testament notarialny, w którym zostawił mi dom po rodzicach i oszczędności. Ja odwołałam wszystkie wcześniejsze pełnomocnictwa udzielone Krzysztofowi przy sprawach ciotki i podpisałam nowe, ograniczone pełnomocnictwo dla kancelarii do kontaktów z bankiem oraz sądem rejonowym. Złożyłam też własny testament, zapisując mieszkanie po ciotce córce, a nie kuzynowi.
Każdy punkt przeczytałam dwa razy.
Jan zmarł trzy tygodnie po ślubie. Po pogrzebie wróciłam do wynajętego mieszkania z jego szalikiem w torbie i rachunkiem z zakładu pogrzebowego. Marta została do następnego ranka. Zmyła filiżanki, wyrzuciła zwiędłe kwiaty i zostawiła mi na lodówce kartkę z godziną swojego lotu, jakbym mogła o niej zapomnieć.
Następnego dnia zapukał mecenas Borkowski. Przyniósł drewniane pudełko i grubą kopertę.
— Jan mówił, że weszła pani w jego pułapkę — powiedział. — Tyle że nie pani miała się w niej znaleźć.
W pudełku leżała stara książeczka oszczędnościowa ciotki Heleny, wydruki z banku i notatki Jana. Z dokumentów wynikało, że przez dwa lata Krzysztof wypłacał z jej konta pieniądze na podstawie pełnomocnictwa. Część przelewów trafiała na jego firmę. Jan zdobył kopie, gdy Helena poprosiła go kiedyś o pomoc w sprawdzeniu salda, ale potem zabroniła zgłaszać sprawę.
— Wiedział, że po jej śmierci kuzyn będzie próbował przejąć również pani sprawy — wyjaśnił mecenas. — Dlatego nalegał na odwołanie pełnomocnictw. Wczoraj Krzysztof złożył w banku dyspozycję wypłaty z pani rachunku spadkowego. Bank ją odrzucił i zabezpieczył dokumenty.
Usiadłam przy stole i otworzyłam kopertę. Było w niej trzydzieści sześć listów. Jan pisał je przez lata, lecz żadnego nie wysłał. Na wierzchu leżała krótka kartka: „Nie chciałem cię kupić domem. Chciałem zostawić ci drzwi, których nikt nie otworzy bez twojej zgody”.
Sprawa Krzysztofa trafiła do prokuratury. Nie przyjechał do mnie z awanturą. Wysłał jedną wiadomość, że obcy człowiek nastawił mnie przeciw rodzinie. Nie odpisałam.
Wiosną przeprowadziłam się do domu Jana. W kuchni nadal stał stary kredens, a w szufladzie znalazłam jego szkolne zdjęcie. W każdą niedzielę czytam jeden list przy kawie. Potem składam kartkę, odkładam ją do pudełka i otwieram okno na ogród, który dopiero uczę się pielęgnować.


