Przejechałam pół kraju, żeby zobaczyć syna, a on nawet nie chciał mnie wpuścić do środka.

Kiedy Piotr otworzył drzwi, miał na sobie koszulę, której nie pamiętałam, i zegarek w dłoni bardziej niż na nadgarstku. Spojrzał najpierw na mnie, potem na ekran telefonu.

– Mamo, przecież mówiłem, że o szesnastej.

– Jest za kwadrans. Pociąg przyjechał wcześniej.

Za moimi plecami stała walizka, a na niej papierowa torba z prezentami dla wnuków. Piotr uchylił drzwi jeszcze trochę, jakby chciał sprawdzić, czy ktoś za nim nie idzie.

– Możesz poczekać na dole? Tylko chwilę. Jeszcze nie jesteśmy gotowi.

Miałam wtedy pięćdziesiąt cztery lata. Do Poznania przyjechałam z Przemyśla, z jedną przesiadką w Krakowie. Wstałam przed piątą, zrobiłam kanapki na drogę i dwa razy sprawdziłam, czy spakowałam drewnianą kolejkę dla Kubusia oraz sweter dla Hani, który zrobiła moja sąsiadka. Piotra i jego rodzinę nie widziałam od prawie dwóch lat.

Nie dlatego, że byliśmy pokłóceni. Przynajmniej tak sobie tłumaczyłam.

Syn wyprowadził się po studiach. Najpierw była praca, potem ślub z Martą, kredyt na mieszkanie i dzieci. Zawsze działo się coś ważnego. Kiedy proponowałam, że przyjadę, słyszałam, że akurat remontują, dzieci chorują albo mają weekend pełen zajęć. Na Wigilię wybierali rodzinę Marty, bo mieszkała bliżej. Latem planowali wyjazd nad morze.

– Przyjedziesz następnym razem, mamo – mówił Piotr. – Wtedy posiedzimy spokojnie.

Następny raz długo nie nadchodził.

Rozmawialiśmy przez telefon w niedzielę, zwykle wtedy, gdy robiłam obiad. Po drugiej stronie słyszałam ruch uliczny albo zamykane drzwi samochodu. Piotr często dzwonił w drodze po zakupy. Wiedziałam, że ma dużo obowiązków, więc nie narzekałam. Pytałam o dzieci, pracę Marty, ratę kredytu i zdrowie. O sobie mówiłam krótko.

Po śmierci mojego męża, Janka, pięć lat wcześniej Piotr obiecał, że będziemy widywać się częściej. Przyjechał wtedy na pogrzeb, pomógł załatwić sprawy w zakładzie pogrzebowym i zawiózł mnie do banku zamknąć kilka ojcowskich rachunków. Potem wrócił do Poznania, bo miał ważne spotkanie w pracy. Na Wszystkich Świętych pojawiał się czasem na godzinę, stawiał znicz na grobie ojca i ruszał dalej do rodziny Marty. Nie miałam mu tego za złe wprost. Sama przez lata powtarzałam dzieciom, że mają własne życie. Z czasem zaczęłam jednak słyszeć własne słowa częściej niż jego głos.

Miesiąc przed tamtą podróżą zadzwonił wieczorem.

– Wybierz sobie weekend i przyjedź. Naprawdę.

Zapytałam dwa razy, czy na pewno. Roześmiał się, że zachowuję się tak, jakbym potrzebowała oficjalnego zaproszenia.

Potrzebowałam może nie zaproszenia, tylko pewności, że komuś zależy.

Na klatce schodowej pachniało świeżo umytą podłogą. Z mieszkania Piotra dochodziły głosy dzieci i przesuwanie mebli. Usiadłam na walizce przy oknie. Po kilku minutach zeszła sąsiadka z psem, powiedziała „dzień dobry” i spojrzała na moje bagaże. Zrobiło mi się głupio.

Minęło piętnaście minut. Potem jeszcze kilka.

Nikt nie otworzył.

Wzięłam walizkę i zeszłam na dół. Nie chciałam robić sceny ani dzwonić do drzwi drugi raz. Najpierw poszłam do małej kawiarni przy przystanku, zamówiłam herbatę i sprawdziłam połączenia powrotne. Ostatni rozsądny pociąg już mi nie pasował, więc znalazłam niedrogi hotel niedaleko dworca.

Wieczorem siedziałam na łóżku w pokoju z beżową narzutą i patrzyłam na torbę z prezentami. Wyjęłam telefon, ale go wyciszyłam. Nie miałam ochoty słuchać, że przesadziłam albo że wystarczyło poczekać jeszcze dziesięć minut.

Rano zobaczyłam siedemnaście nieodebranych połączeń. Większość od Piotra, trzy od Marty. Była też wiadomość ze zdjęciem.

Na fotografii Hania stała w salonie z kartonem, na którym dziecięcymi literami napisano: „Babciu, dobrze, że jesteś”. Obok wisiały stare zdjęcia wyciągnięte chyba z rodzinnego albumu. Na jednym trzymałam Piotra za rękę przed jego pierwszym dniem szkoły.

Zadzwonił, zanim zdążyłam przeczytać wszystkie wiadomości.

– Gdzie jesteś?

Podałam nazwę hotelu.

– Mamo, dzieci szykowały ci powitanie. Marta piekła tort. Chcieliśmy, żebyś weszła, kiedy wszystko będzie gotowe.

Usiadłam przy małym biurku pod oknem.

– Mogłeś mnie wpuścić do kuchni.

Po drugiej stronie zrobiło się cicho.

– Wiem.

– Jechałam prawie osiem godzin. Nie potrzebowałam dekoracji.

Piotr zaczął tłumaczyć, że chciał zrobić coś porządnie, bo dawno się nie widzieliśmy. Powiedział też, że Hania zobaczyła przez okno, jak odchodzę, i od wieczora pyta, czy babcia się na nią obraziła.

– Na nią nie – odpowiedziałam.

To była pierwsza rozmowa od lat, podczas której Piotr nigdzie się nie spieszył.

Powiedziałam mu o telefonach wykonywanych między stacją benzynową a supermarketem, o świętach przekładanych na kolejny rok i o tym, że zawsze zakładał, iż zrozumiem. Rozumiałam jego pracę, dzieci, kredyt i zmęczenie. Tylko po pewnym czasie zauważyłam, że dla mnie zostawało dokładnie tyle miejsca, ile nie zajęło nic pilniejszego.

Nie zaprzeczył.

– Chyba przyzwyczaiłem się, że ty nigdy nie robisz problemu – powiedział.

– To nie znaczy, że problemu nie ma.

Przyjechał po mnie sam. Kiedy wyszłam przed hotel, nie próbował mnie od razu obejmować. Wziął walizkę i zapytał, czy możemy wrócić. Powiedziałam, że tak, ale nie po to, żeby wszyscy udawali, że jedno ciasto załatwi sprawę.

Na klatce drzwi do mieszkania były już otwarte. Hania stała w skarpetkach przy progu, a Kubuś trzymał w rękach krzywo wycięty papierowy kwiatek. Marta została trochę z tyłu.

– Powinnam była cię wtedy wpuścić – powiedziała. – Piotr uparł się na tę niespodziankę, a ja uznałam, że to jego mama, więc nie będę się wtrącać.

– Następnym razem się wtrąć – odpowiedziałam.

Uśmiechnęła się słabo i wzięła ode mnie płaszcz.

Po obiedzie dzieci rozsypały prezenty po dywanie. Hania przyniosła pudełko ze zdjęciami. Znalazła fotografię z działki moich rodziców, na której Piotr miał może sześć lat i siedział na plastikowym krześle z miską truskawek.

– Tata powiedział, że tu mieszkałaś – powiedziała.

– Nie mieszkałam. Jeździliśmy tam do dziadków.

– To pojedziemy kiedyś?

Spojrzałam na Piotra. Tym razem nie odpowiedział „zobaczymy”.

– W wakacje – powiedział. – Ustalimy termin, zanim babcia wyjedzie.

Nie poprawiłam go ani nie przypomniałam, ile podobnych obietnic już słyszałam.

Wieczorem, kiedy dzieci poszły spać, siedzieliśmy we troje przy kuchennym stole. Marta kroiła resztę tortu, Piotr robił herbatę. Zapytał, ile chcę cukru.

– Jedną łyżeczkę. Od trzydziestu lat.

Pokręcił głową i odstawił cukiernicę.

Nazajutrz rano Hania przyszła do kuchni w piżamie i postawiła mój kubek przy swoim talerzu. Nie powiedziała nic. Po prostu przesunęła krzesło obok siebie.

Usiadłam tam, gdzie zrobiła mi miejsce.