Andrzej stał w bocznym korytarzu pensjonatu i rozmawiał przez telefon tak cicho, że początkowo chciałam po prostu przejść obok. Wracałam z jadalni po zostawiony na stoliku sweter. Zatrzymało mnie dopiero moje nazwisko.

— Powinieneś był powiedzieć jej od razu — usłyszałam kobiecy głos z głośnika. — Przecież wiedziałeś, kim jest.
Andrzej odwrócił się i zobaczył mnie przy schodach. Nie próbował udawać, że rozmowa dotyczy kogoś innego. Wyłączył telefon, wsunął go do kieszeni i przez chwilę poprawiał mankiet koszuli, choć nic mu się z nim nie działo.
— Znałeś mnie wcześniej? — zapytałam.
Miałam pięćdziesiąt pięć lat i był to mój pierwszy samotny wyjazd od śmierci Marka. Trzy lata wcześniej siedziałam przy jego łóżku na oddziale onkologicznym w Bydgoszczy, pilnowałam godzin leków i przynosiłam rosół w termosie, choć pod koniec prawie nie jadł. Po pogrzebie wróciłam do naszego mieszkania w bloku, poukładałam dokumenty po mężu w dolnej szufladzie kredensu i przez długi czas nigdzie nie wyjeżdżałam.
Do Gdańska namówiła mnie córka. Na niedzielnym obiedzie odstawiła talerz po serniku i powiedziała, że nie muszę całego życia spędzać między pracą, cmentarzem i osiedlowym sklepem. Kupiła mi nawet bilet. Miało być pięć dni spacerów, kawy i patrzenia na morze bez żadnego planu.
Andrzeja poznałam drugiego dnia przy kasie w muzeum. Nie działał terminal, ktoś za nami narzekał, a ja nie mogłam znaleźć drobnych. Zapłacił za mój bilet, potem przyjęłam od niego kawę, rejs po Motławie i spacer do starej latarni. Był wdowcem, mieszkał pod Toruniem, mówił spokojnie i nie próbował robić wrażenia. Po latach opieki nad chorym mężem zwykła uprzejmość wydawała mi się czymś większym, niż powinna.
Teraz staliśmy w korytarzu pachnącym pastą do podłogi, a ja czekałam na odpowiedź.
— Mam coś dla ciebie — powiedział w końcu.
Z pokoju przyniósł pożółkłą kopertę. Moje imię i nazwisko zapisano pochyłym pismem Marka. Poznałam je od razu, bo tak samo podpisywał kartki na imieniny i przelewy za czynsz, kiedy jeszcze wypełniało się je ręcznie.
Nie wzięłam koperty.
Usiedliśmy przy pustym stoliku w jadalni. Za ścianą ktoś zbierał filiżanki po kolacji. Andrzej położył kopertę obok cukiernicy i powiedział, że jego żona, Elżbieta, znała Marka. Poznali się dwadzieścia cztery lata wcześniej na szkoleniu dla pracowników banków w Gdańsku.
Pamiętałam tamten wyjazd. Marek wrócił z bursztynowymi kolczykami i opowiadał, że przez dwa dni padało. Nasza córka miała wtedy osiem lat i gorączkę. Nocami zmieniałam jej mokre ręczniki na czole, a rano dzwoniłam do przychodni.
— Skąd masz ten list? — zapytałam.
Po śmierci Elżbiety Andrzej opróżniał szafę. W starej walizce, pod odprutą podszewką, znalazł listy przewiązane gumką recepturką. Było ich ponad trzydzieści. Marek i Elżbieta pisali do siebie przez dziewięć lat. Spotkali się kilka razy w Gdańsku, raz w Poznaniu i dwa razy w Warszawie, kiedy oboje tłumaczyli rodzinom, że jadą służbowo.
Andrzej nie użył słowa „romans”. Nie musiał.
Wstałam, nalałam sobie wody z dzbanka i wypiłam pół szklanki, patrząc na drzwi kuchni. Przypomniały mi się rachunki, które wspólnie liczyliśmy przy stole, ostatnia Wigilia, gdy Marek miał jeszcze siłę kroić makowiec, i jego teczka z wynikami badań. Te rzeczy nie znikały tylko dlatego, że obok nich przez lata istniało coś, o czym nie wiedziałam.
— Dlaczego mnie szukałeś?
Andrzej wyjął z portfela wydruk zdjęcia. Pochodziło z profilu mojej córki. Stałam na nim przy grobie Marka w dzień Wszystkich Świętych, z chryzantemą w dłoni. Elżbieta obserwowała naszą rodzinę w internecie, a po jej śmierci Andrzej zrobił to samo. Kilka dni wcześniej córka napisała, że mama pierwszy raz jedzie sama do Gdańska.
— Chciałem oddać list — powiedział. — I zobaczyć, czy wiedziałaś.
— Więc muzeum nie było przypadkiem.
Przyznał, że czekał w pobliżu. Nie znał mojego planu, ale rozpoznał mnie na ulicy. Potem zabrakło mu odwagi. Kawa miała potrwać kwadrans, a następnego dnia znów do mnie zadzwonił.
— Twoja córka wie? — zapytałam.
To z nią rozmawiał przez telefon. Przyjechała do Gdańska, bo ojciec powiedział jej, że zaczyna mu na mnie zależeć, a nadal nie wyznał prawdy.
Otworzyłam kopertę. List miał dwie strony. Marek pisał, że pomylił ulgę od codzienności z uczuciem, a kiedy zakończył znajomość, nie potrafił powiedzieć mi prawdy. Twierdził, że bał się odebrać mi spokój. Czytałam to zdanie kilka razy. Dobrze znałam ten sposób tłumaczenia. Marek nieraz odkładał trudną rozmowę, mówiąc, że nie chce mnie martwić.
Złożyłam kartki i schowałam je do torebki.
— Czytałeś?
— Nie. Ale nie mam sposobu, żeby ci to udowodnić.
To była pierwsza odpowiedź tego wieczoru, w której nie próbował się wybielić.

Wróciłam do pokoju sama. Rano pojechałam pociągiem do domu. Andrzej nie przyszedł na dworzec, tylko zostawił w recepcji książkę, którą pożyczyłam mu podczas rejsu, oraz kartkę z numerem telefonu.
Przez dwa miesiące się nie odezwałam. Najpierw pokazałam list córce w mojej kuchni. Zaparzyła herbatę, choć żadna z nas jej nie wypiła. Złościła się na ojca, potem zaczęła bronić wspomnień o nim, jakby ktoś chciał nam zabrać całe dzieciństwo. Ja nie umiałam ani potępić Marka bez reszty, ani wrócić do dawnego obrazu naszego małżeństwa.
W listopadzie pojechałyśmy razem na cmentarz. Położyłam pod zniczem mały kamyk znaleziony nad Motławą. Córka zauważyła go, ale o nic nie zapytała.
Do Andrzeja zadzwoniłam dopiero przed Bożym Narodzeniem. Powiedziałam, że rozumiem, dlaczego szukał odpowiedzi, lecz nie zgadzam się na znajomość zbudowaną na obserwowaniu mnie z daleka. Przyjął to bez targowania się. Rozmawialiśmy dwanaście minut, głównie o pogodzie i o tym, że w jego domu przecieka rynna.
Wiosną spotkaliśmy się w małej kawiarni w Toruniu. Przyszedł wcześniej i siedział przy oknie z dwiema herbatami, ale mojej nie posłodził. Pamiętał, że nie słodzę. Nie uznałam tego za dowód czegokolwiek.
Usiadłam naprzeciwko i zdjęłam płaszcz.
— Tym razem niczego już o mnie nie zakładaj — powiedziałam.
Andrzej skinął głową i przesunął w moją stronę kartę z ciastami.
— W takim razie zacznijmy od prostego pytania. Szarlotka czy sernik?
Popatrzyłam przez okno na ludzi wracających z zakupów, potem na jego dłonie leżące spokojnie przy filiżance.
— Sernik — odpowiedziałam. — A resztę zobaczymy.


