To miała być walka z czasem. Dziś staje się także walką o pieniądze.
16-letni Miłosz z Nowego Targu trafił do szpitala po ukąszeniu przez wyjątkowo niebezpieczną żmiję lewantyńską. Jego stan był na tyle poważny, że lekarze nie mogli czekać ani chwili. Potrzebna była specjalistyczna surowica, której nie było w Polsce.
Rozpoczęła się spektakularna akcja ratunkowa.
Preparat sprowadzono aż z Monachium. Zorganizowano lotniczy transport, a antidotum dotarło do chłopca po około 15 godzinach od przyjęcia do szpitala. Dzięki temu udało się uratować jego życie.
Koszt całej operacji był jednak ogromny.
Sam transport surowicy miał kosztować około 90 tysięcy złotych. Szpital podjął decyzję natychmiast, nie czekając na formalne gwarancje finansowania. Lekarze uznali, że życie pacjenta jest ważniejsze niż procedury.
Teraz pojawia się pytanie, kto pokryje rachunek.
Narodowy Fundusz Zdrowia poinformował, że sfinansuje leczenie chłopca, ale nie zamierza pokrywać kosztów sprowadzenia preparatu z Niemiec. Według NFZ sprawa transportu pozostaje między szpitalem a Lotniczym Pogotowiem Ratunkowym.
Szpital zapowiada jednak, że będzie walczył o zwrot wydatków po zakończeniu leczenia.
W tle całej historii pojawił się jeszcze jeden wątek. Policja prowadzi śledztwo dotyczące nielegalnego posiadania żmij lewantyńskich przez rodzinę nastolatka. Funkcjonariusze mieli odnaleźć w mieszkaniu dwa osobniki tego wyjątkowo niebezpiecznego gatunku, którego hodowla jest w Polsce zabroniona.
Miłosz wraca do zdrowia.
Ale pytanie o to, kto zapłaci za akcję ratunkową, dopiero zaczyna wywoływać emocje.



