W sukni babci miała iść do ślubu. W kieszeni znalazła list, który zmienił wszystko, co wiedziała o rodzicach

Miałam iść do ślubu w sukni babci.

Nie dlatego, że była modna.

Nie była.

Nie dlatego, że wyglądała jak z katalogu.

Nie wyglądała.

Była prosta, kremowa, z długimi rękawami i małymi guziczkami przy nadgarstkach. Materiał po latach lekko pożółkł, koronka miejscami była delikatnie postrzępiona, a przy dole sukni widać było ślad po dawnym podwinięciu.

Ale dla mnie była piękniejsza niż wszystkie suknie z salonów ślubnych.

Bo należała do babci Róży.

A babcia Róża była całym moim domem.

Mama zmarła, kiedy miałam trzy lata.

Nie pamiętam jej głosu.

Nie pamiętam, jak pachniała.

Nie pamiętam, czy śmiała się głośno, czy cicho.

Znałam ją głównie ze zdjęć: młoda kobieta o łagodnych oczach, w jasnym swetrze, zawsze z ręką opartą na moim wózku albo z policzkiem przy mojej głowie.

Babcia mówiła, że mama miała dobre serce.

Że szybko ufała ludziom.

Że kochała mnie tak bardzo, jakby od początku wiedziała, że nie będzie miała dużo czasu.

O ojcu wiedziałam jeszcze mniej.

Właściwie tylko jedno zdanie.

— Odszedł, zanim się urodziłaś.

Tyle.

Kiedy byłam mała, wystarczało.

Dzieci przyjmują świat takim, jakim dorośli im go podają.

Skoro tata odszedł, to odszedł.

Skoro go nie było, to znaczyło, że nie chciał być.

Nie zadawałam zbyt wielu pytań, bo każde pytanie zmieniało twarz babci.

Nie złościła się.

Nie krzyczała.

Po prostu robiła się cicha.

Jakby ktoś zamykał w niej drzwi.

— Niektórzy ludzie nie umieją zostać — powiedziała mi kiedyś, kiedy miałam może dziesięć lat.

I to zdanie też zapamiętałam.

Z czasem przestałam pytać.

Babcia mnie wychowała.

Mieszkałyśmy w małym mieszkaniu w Radomiu, w starym bloku z wąską klatką schodową i sąsiadką, która wiedziała wszystko o wszystkich.

Babcia pracowała kiedyś w bibliotece, a potem dorabiała, jak mogła.

Szyła poprawki.

Robiła pierogi dla znajomych.

Pilnowała dziecka jednej pani z sąsiedniego bloku.

Nie miałyśmy dużo pieniędzy, ale nigdy nie czułam się biedna.

Na stole zawsze była zupa.

W niedzielę ciasto.

Na zimę czapka.

Na urodziny książka.

Babcia umiała zrobić dom z bardzo małej ilości rzeczy.

Z firanki upranej w sobotę.

Z herbaty z malinami.

Z radia grającego cicho w kuchni.

Z ręki położonej na moim ramieniu, kiedy bałam się zasnąć.

Kiedy poznałam Pawła, babcia od razu go polubiła.

— Ma spokojne oczy — powiedziała po pierwszej wizycie.

— Babciu, oczy nie płacą rachunków.

— Ale oczy mówią, czy człowiek ucieknie, kiedy przyjdzie trudny dzień.

Paweł nie uciekł.

Był zwyczajny w najlepszym znaczeniu tego słowa.

Pracował jako elektryk, lubił rosół, nie umiał tańczyć, ale próbował, i zawsze zdejmował buty przy drzwiach, nawet kiedy mówiłam, że nie trzeba.

Oświadczył mi się w kuchni babci.

Bez restauracji.

Bez świec.

Bez muzyki.

Po prostu wyjął pudełeczko z kieszeni kurtki, kiedy babcia kroiła sernik.

— Chciałem zapytać przy pani Róży — powiedział. — Bo bez pani zgody i tak by się nie liczyło.

Babcia udawała, że się oburza.

— A kto powiedział, że ja się zgodzę?

Ale płakała.

Płakała tak cicho, jak zawsze.

Ślub miał być skromny.

Kościół na osiedlu, obiad dla najbliższych, kilka stołów w małej sali przy restauracji prowadzonej przez znajomego Pawła.

Nie chciałam wielkiego wesela.

Chciałam tylko, żeby babcia siedziała w pierwszej ławce.

Żeby zobaczyła, że dziewczynka, którą wychowała, ma teraz komu podać rękę.

Kilka miesięcy przed ślubem zachorowała.

Najpierw mówiła, że to nic.

Że zmęczenie.

Że wiek.

Że za dużo biegała po schodach.

Ale potem zaczęła chudnąć.

Przestała wychodzić na targ.

Przestała podlewać kwiaty na balkonie.

Pewnego ranka znalazłam ją siedzącą na łóżku, z płaszczem w dłoniach, nieumiejącą zapiąć guzików.

Wtedy pojechałyśmy do lekarza.

Nie będę opowiadać długo o szpitalach.

Kto był, ten wie.

Białe korytarze.

Zapach środków do dezynfekcji.

Czekanie.

Słowa lekarzy, które niby są spokojne, ale człowiek i tak słyszy w nich wyrok.

Babcia wróciła do domu, bo bardzo tego chciała.

— Nie chcę umierać w miejscu, gdzie nie ma moich firanek — powiedziała.

Nie umiałam się z tym pogodzić.

Do ostatniego tygodnia zachowywałam się, jakby można było wszystko odwrócić.

Kupowałam zupy, których nie jadła.

Wietrzyłam pokój, choć było jej zimno.

Mówiłam o ślubie tak, jakby na pewno na nim będzie.

Ona słuchała.

Czasem się uśmiechała.

Czasem zamykała oczy.

Na trzy dni przed śmiercią poprosiła mnie, żebym otworzyła starą szafę w dużym pokoju.

— Na górnej półce jest paczka owinięta papierem — powiedziała.

Wyjęłam ją ostrożnie.

Papier był gruby, szary, przewiązany sznurkiem.

— To moja suknia ślubna — powiedziała babcia.

Usiadłam przy jej łóżku z paczką na kolanach.

— Babciu…

— Chciałabym, żebyś ją przymierzyła.

Nie odpowiedziałam od razu.

Bałam się dotknąć tej sukni.

Jakby była czymś świętym.

— Przecież ja już mam wybraną.

— Wiem. Ale suknie można zmienić. Ludzi trudniej.

Uśmiechnęła się blado.

— Może nie pasować. Nie obrażę się. Ale jeśli będziesz chciała… chciałabym, żebyś poszła w niej do ślubu.

Płakałam wtedy pierwszy raz przy niej naprawdę.

Nie odwrócona do okna.

Nie w łazience.

Przy niej.

Babcia położyła mi dłoń na głowie.

— Będę wtedy blisko — wyszeptała.

Zmarła w nocy.

Cicho.

Tak, jak żyła.

Bez robienia zamieszania.

Po pogrzebie mieszkanie zrobiło się za duże.

Każdy przedmiot bolał.

Kubek przy zlewie.

Okulary na stoliku.

Sweter na oparciu fotela.

Kapcie pod łóżkiem.

Najbardziej bolała cisza.

Przez kilka dni nie miałam siły wejść do dużego pokoju.

Paweł przychodził codziennie.

Przynosił zakupy.

Gotował herbatę.

Siedział obok mnie i nie mówił, że będzie dobrze.

Za to byłam mu wdzięczna.

Bo nie było dobrze.

I nie miało być dobrze przez długi czas.

Dopiero tydzień po pogrzebie otworzyłam szafę.

Paczka z suknią leżała tam, gdzie ją odłożyłam.

Rozwiązałam sznurek.

Papier zaszeleścił cicho.

Suknia pachniała starym materiałem, lawendą i szafą babci.

Przycisnęłam ją do twarzy i przez chwilę naprawdę miałam wrażenie, że babcia jest obok.

Nie jako duch.

Nie jako znak z nieba.

Po prostu jako wspomnienie tak silne, że prawie można było go dotknąć.

Przymierzyłam suknię tego samego wieczoru.

Była trochę ciasna w ramionach i za długa, ale krawcowa mogła to poprawić.

Stanęłam przed lustrem i zobaczyłam nie pannę młodą, tylko wnuczkę, która bardzo chciała jeszcze przez jeden dzień mieć babcię przy sobie.

Wtedy poczułam coś pod materiałem.

Małe zgrubienie.

Przy biodrze, jakby w kieszeni ukrytej pod podszewką.

Najpierw pomyślałam, że to guzik.

Albo stara agrafka.

Ostrożnie wsunęłam palce w szew.

Była tam mała kieszonka, której wcześniej nie zauważyłam.

A w niej list.

Złożony na pół.

Pożółkły.

Na kopercie było moje imię.

„Dla Hani”.

Serce zaczęło mi bić szybciej.

Usiadłam przy kuchennym stole.

Tym samym, przy którym babcia robiła pierogi, sprawdzała rachunki i uczyła mnie, że herbatę trzeba parzyć cierpliwie.

Otworzyłam kopertę.

Pismo babci było równe.

Znajome.

Tylko trochę słabsze niż dawniej.

„Moja Haniu,

jeśli znalazłaś ten list, to znaczy, że założyłaś moją suknię.

Chciałam ci coś powiedzieć wcześniej, ale przez całe życie bałam się, że prawda zaboli cię bardziej niż milczenie.

Dziś wiem, że to był błąd.

Masz prawo wiedzieć, kim naprawdę byli twoi rodzice.”

Przeczytałam ostatnie zdanie trzy razy.

Kim naprawdę byli twoi rodzice.

Nie rozumiałam.

Mama była mamą.

Ojciec był człowiekiem, który odszedł.

Co tu można było jeszcze wiedzieć?

Czytałam dalej.

„Twoja mama, Agnieszka, nie była słaba, jak czasem myślałaś.

Była młoda, zakochana i przestraszona.

Twój ojciec też nie był człowiekiem, który odszedł, zanim się urodziłaś.

To ja pozwoliłam, żebyś w to wierzyła.”

Kartka zatrzęsła mi się w dłoniach.

Wstałam gwałtownie od stołu, jakby ktoś wszedł do kuchni i powiedział to na głos.

To ja pozwoliłam, żebyś w to wierzyła.

Nie.

Nie babcia.

Nie ona.

Usiadłam z powrotem, bo nogi miałam miękkie.

Dalej było jeszcze gorzej.

„Twój ojciec miał na imię Tomasz.

Był synem ludzi z sąsiedniej ulicy. Nie był bogaty. Nie miał stałej pracy. Ale kochał twoją mamę.

Kiedy Agnieszka zaszła w ciążę, przyszli do mnie razem.

Chcieli ślubu.

Chcieli wynająć małe mieszkanie.

Chcieli spróbować.

Ja im nie uwierzyłam.”

Zasłoniłam usta dłonią.

Przez całe życie wyobrażałam sobie ojca jako kogoś, kto dowiedział się o mnie i uciekł.

Kogoś tchórzliwego.

Może obojętnego.

Może okrutnego.

A babcia pisała, że przyszedł.

Że chciał zostać.

Czytałam dalej, choć każda linijka bolała.

„Bałam się o twoją mamę.

Bałam się biedy.

Bałam się tego, że Tomasz nie utrzyma rodziny.

Bałam się, że Agnieszka zmarnuje życie tak, jak według mnie zmarnowałam je ja, zbyt wcześnie wychodząc za mąż.

Powiedziałam rzeczy, których do dziś się wstydzę.

Jemu powiedziałam, że jeśli naprawdę ją kocha, powinien odejść i dać jej spokój.

Jej powiedziałam, że on się wycofał.

Kiedy przynosił listy, chowałam je.”

Nie mogłam oddychać.

W kuchni było cicho.

Za oknem ktoś zamknął drzwi samochodu.

Na klatce szczeknął pies.

Świat dalej działał normalnie, kiedy mój rozpadał się przy starym stole.

„Tomasz próbował wracać.

Po twoich narodzinach też.

Przyniósł małą czapeczkę i kopertę z pieniędzmi.

Nie wpuściłam go.

Powiedziałam mu, że Agnieszka nie chce go widzieć.

To nie była prawda.”

Łzy kapały na papier.

Nie próbowałam ich zatrzymać.

„Kiedy twoja mama zachorowała, chciałam mu powiedzieć.

Nie zdążyłam.

A może znów zabrakło mi odwagi.

Po jej śmierci byłam już tylko ja i ty.

Powiedziałam sobie, że jeśli powiem ci prawdę, stracisz także mnie.

Więc milczałam.

A potem każdy rok milczenia sprawiał, że prawda stawała się cięższa.

Haniu, nie proszę cię o wybaczenie.

Nie mam do tego prawa.

Proszę tylko, żebyś nie niosła mojego kłamstwa dalej.

W pudełku po herbacie, na najwyższej półce w kuchni, znajdziesz coś, co należy do ciebie.

Babcia Róża.”

Nie wiem, jak długo siedziałam.

Może dziesięć minut.

Może godzinę.

W końcu wstałam.

Podeszłam do szafki w kuchni.

Na najwyższej półce stało stare metalowe pudełko po herbacie.

Zielone, z wytartym wieczkiem.

Babcia trzymała w nim kiedyś guziki.

Zdjęłam je ostrożnie.

W środku były listy.

Dużo listów.

Przewiązane sznurkiem.

Kilka małych kopert.

Zdjęcie młodego mężczyzny z ciemnymi włosami, stojącego pod blokiem z bukietem polnych kwiatów.

Na odwrocie zdjęcia było napisane:

„Dla Agnieszki. Wrócę jutro. Tomek.”

Usiadłam na podłodze.

Nie miałam siły dojść do krzesła.

Pierwszy list był do mamy.

„Agnieszko, twoja mama powiedziała, że nie chcesz mnie widzieć. Jeśli to prawda, odejdę. Ale jeśli to nie twoje słowa, daj mi jakiś znak. Będę czekał pod biblioteką w piątek o siedemnastej.”

Drugi był po moich narodzinach.

„Widziałem ją tylko przez szybę, kiedy wychodziłyście ze szpitala. Ma twoje usta. Nie wiem, czy pozwolisz mi być ojcem, ale chcę. Proszę, nie zabieraj mi tej szansy, jeśli choć trochę pamiętasz, kim dla siebie byliśmy.”

Trzeci był krótki.

Pismo nierówne.

„Róża powiedziała, że zniszczę wam życie. Może ma rację. Ale kocham was obie. Jeśli kiedyś Hania zapyta o mnie, proszę, nie mów, że odszedłem bez walki.”

Ten list przycisnęłam do serca.

Nie dlatego, że znałam tego człowieka.

Nie znałam.

Ale przez całe życie brak ojca był we mnie jak zamknięty pokój.

A teraz okazało się, że ktoś stał po drugiej stronie drzwi i pukał.

Tylko nikt mi o tym nie powiedział.

Zadzwoniłam do Pawła.

Nie pamiętam, co powiedziałam.

Chyba tylko:

— Przyjedź.

Był po dwudziestu minutach.

Znalazł mnie na kuchennej podłodze, otoczoną listami.

Nie zadawał pytań od razu.

Usiadł obok.

Wzięłam jeden list i podałam mu drżącą ręką.

Czytał powoli.

Potem drugi.

Potem trzeci.

— Haniu… — powiedział cicho.

To było wszystko.

I wystarczyło.

Następnego dnia poszliśmy do archiwum parafialnego.

Potem do urzędu.

Potem zaczęłam szukać Tomasza.

Nie było łatwo.

Nazwisko miałam z jednego starego listu.

Adres też był sprzed trzydziestu lat.

Sąsiedzi na dawnej ulicy pamiętali rodzinę.

Jedna starsza pani powiedziała, że Tomasz wyjechał kiedyś do Lublina.

Inna, że wrócił po latach.

Ktoś słyszał, że miał warsztat.

Ktoś inny, że nigdy się nie ożenił.

Każda informacja była jak kawałek rozbitego talerza.

Nie wiedziałam, czy da się z tego złożyć całość.

Po dwóch tygodniach znalazłam adres.

Mały dom pod Kozienicami.

Z białym płotem.

Z warsztatem samochodowym obok.

Pojechałam tam z Pawłem, ale poprosiłam, żeby został w samochodzie.

Nie dlatego, że nie chciałam go przy sobie.

Chciałam.

Ale pierwszy krok musiałam zrobić sama.

Na podwórku stał mężczyzna koło starego auta.

Miał siwe włosy.

Był szczupły.

Trochę zgarbiony.

Kiedy mnie zobaczył, wytarł ręce w szmatkę.

— Słucham? — zapytał.

Nie mogłam wydobyć głosu.

Przez chwilę patrzyłam tylko na jego twarz.

Na oczy.

Ciemne.

Zmęczone.

Znajome w sposób, którego nie umiałam wyjaśnić.

— Czy pan jest Tomasz Wójcik?

Zamarł.

— Tak.

Wyjęłam z torby zdjęcie.

To z bukietem kwiatów.

Podałam mu je.

Wziął je powoli.

Spojrzał.

Najpierw na zdjęcie.

Potem na mnie.

Kolor odpłynął mu z twarzy.

— Skąd to masz?

— Od babci Róży.

Na dźwięk jej imienia zamknął oczy.

Jakby wróciło do niego coś bardzo starego i bardzo bolesnego.

— Kim jesteś? — zapytał, choć chyba już wiedział.

Powiedziałam:

— Mam na imię Hanna.

Szmatka wypadła mu z ręki.

Przez kilka sekund nie ruszał się wcale.

Potem oparł się dłonią o maskę samochodu.

— Hania?

To, jak wypowiedział moje imię, złamało mi serce.

Nie jak obcy człowiek.

Nie jak ktoś, kto słyszy je pierwszy raz.

Jak ktoś, kto przez wiele lat powtarzał je w myślach.

— Jestem córką Agnieszki — powiedziałam.

Jego oczy napełniły się łzami.

— Wiem.

Nie zapytałam wtedy, czy jest moim ojcem.

Nie musiałam.

On też nie powiedział od razu nic wielkiego.

Nie było muzyki.

Nie było sceny jak z filmu.

Było chłodne podwórko.

Zapach oleju.

Stary pies szczekający za płotem.

I mężczyzna, który przez trzydzieści lat myślał, że córka nie chce go znać, choć nigdy nie dostała szansy.

Usiedliśmy w małej kuchni.

Tomasz zrobił herbatę, ale żadnego z nas nie obchodziła.

Pokazałam mu listy.

Te, które pisał.

Trzymał je tak, jakby dotykał czegoś, co dawno uznał za pogrzebane.

— Myślałem, że twoja mama je dostała — powiedział.

— Nie dostała.

— Róża mówiła, że Agnieszka nie chce mnie widzieć.

— Babcia napisała, że to nie była prawda.

Tomasz długo milczał.

— Kochałem twoją mamę.

Nie powiedział tego teatralnie.

Powiedział prosto.

Jak fakt.

— Byliśmy młodzi. Głupi też pewnie. Ale chciałem zostać. Chciałem pracować, wynająć pokój, cokolwiek. Twoja babcia patrzyła na mnie jak na kogoś, kto przyniósł nieszczęście.

— Ona się bała.

— Wiem.

— To jej nie usprawiedliwia.

— Nie.

W tym jednym słowie nie było nienawiści.

Było zmęczenie.

— Próbował pan mnie znaleźć? — zapytałam.

Spojrzał na mnie z bólem.

— Próbowałem. Po śmierci twojej mamy przyszedłem na pogrzeb, ale stałem daleko. Róża zobaczyła mnie przy bramie cmentarza. Powiedziała, że jeśli naprawdę zależy mi na tobie, mam cię nie krzywdzić pojawieniem się po latach. Powiedziała, że masz ją i że ja będę tylko obcym człowiekiem, który wszystko pomiesza.

— I pan odszedł?

— Tak.

Chciałam się zezłościć.

Chciałam powiedzieć: trzeba było walczyć.

Trzeba było wejść.

Trzeba było krzyczeć.

Ale patrzyłam na człowieka, który wtedy też był młody, zraniony i wypychany z własnego życia przez silniejszą od niego kobietę.

— Może byłem tchórzem — powiedział cicho. — Może powinienem był pójść do sądu. Może powinienem był zrobić więcej. Przez lata zadawałem sobie to pytanie.

— Ja też będę je sobie zadawać — powiedziałam.

Skinął głową.

— Masz prawo.

Nie rzuciłam mu się w ramiona.

On też nie próbował mnie przytulić.

Za dużo lat stało między nami.

Za dużo kłamstw.

Za dużo cudzych decyzji.

Ale kiedy wychodziłam, zapytał:

— Czy mogę cię jeszcze kiedyś zobaczyć?

Nie odpowiedziałam od razu.

Spojrzałam na jego ręce.

Spracowane.

Pobrudzone smarem.

Tak różne od wyobrażenia ojca, którego przez lata nie miałam.

— Nie wiem — powiedziałam szczerze. — Ale chcę spróbować.

To wystarczyło.

Ślub odbył się dwa miesiące później.

Założyłam suknię babci.

Krawcowa poprawiła ramiona, skróciła dół i delikatnie wzmocniła koronkę.

W ukrytej kieszeni nie było już listu.

Włożyłam tam małe zdjęcie mamy.

To, na którym trzyma mnie jako dziecko.

Nie chciałam wkładać tam zdjęcia babci.

Jeszcze nie.

Kochałam ją.

Tęskniłam za nią.

Ale prawda o niej była teraz jak rana, która dopiero zaczynała się goić.

W kościele, kiedy szłam do ołtarza, ludzie patrzyli na suknię.

Pewnie myśleli, że to piękny gest.

Wnuczka w sukni babci.

Rodzinna pamiątka.

Tradycja.

Nikt nie wiedział, ile prawdy było wszyte w ten materiał.

Nikt nie wiedział, że ta suknia przyniosła mi nie tylko wspomnienie babci, ale też ojca.

Tomasz siedział w ostatniej ławce.

Przyszedł, bo go zaprosiłam.

Nie jako ojciec prowadzący mnie do ołtarza.

Na to było za wcześnie.

Nie jako gość honorowy.

Na to też.

Przyszedł po prostu jako człowiek, który miał prawo być świadkiem mojego życia, choć odebrano mu tyle lat.

Kiedy nasze spojrzenia spotkały się na chwilę, skinął głową.

Mały gest.

Prawie niewidoczny.

Ale dla mnie znaczył więcej niż wielkie słowa.

Po ślubie podszedł do mnie na zewnątrz.

Trzymał małą kopertę.

— To nie prezent ślubny — powiedział. — Raczej coś, co powinienem był dać ci dawno temu.

W środku było zdjęcie mamy.

Inne niż wszystkie, które znałam.

Stała na nim młoda Agnieszka, roześmiana, z rozwianymi włosami, trzymając dłoń na lekko zaokrąglonym brzuchu.

Obok niej stał Tomasz.

Patrzył na nią tak, jak patrzy człowiek, który już wie, że kocha.

Na odwrocie zdjęcia było napisane:

„Nasza Hania. Czekamy.”

Nie mogłam powstrzymać łez.

Paweł objął mnie ramieniem.

Tomasz nie powiedział nic.

I dobrze.

Niektóre prawdy potrzebują ciszy.

Dziś suknia babci wisi w mojej szafie.

Już nie owinięta w szary papier.

Nie schowana na najwyższej półce.

Wisi w pokrowcu, który czasem otwieram.

Nie wiem, czy kiedyś pokażę ją swojej córce, jeśli będę ją miała.

Może tak.

Może opowiem jej wtedy całą historię.

Nie tylko o pięknej sukni i dobrej babci.

Ale też o tym, że dobrzy ludzie potrafią zrobić bardzo złe rzeczy, kiedy boją się stracić kontrolę.

Że miłość bez prawdy może zranić tak samo mocno jak nienawiść.

I że dziecko ma prawo znać swoją historię, nawet jeśli dorosłym łatwiej byłoby milczeć.

Babcia Róża wychowała mnie.

Nakarmiła.

Ubrała.

Nauczyła czytać, modlić się, gotować zupę pomidorową i nie wstydzić się skromnego życia.

Kochała mnie.

Wiem to.

Ale skrzywdziła mnie też swoim milczeniem.

Długo myślałam, że jedno wyklucza drugie.

Dziś wiem, że życie jest trudniejsze.

Można kogoś kochać i jednocześnie odebrać mu coś ważnego.

Można tęsknić za kimś i być na niego złym.

Można nosić suknię po babci i wiedzieć, że w jej szwach ukryto nie tylko rodzinne wspomnienia, ale też rodzinne kłamstwo.

Najważniejsze, że ja już nie muszę tego kłamstwa nosić.

Nie dalej.

Nie w ciszy.

Nie za innych.

Bo prawda przyszła do mnie w starej sukni ślubnej.

I choć bolała bardziej, niż mogłam sobie wyobrazić, dała mi coś, czego nie miałam przez całe życie.

Prawo, żeby wreszcie wiedzieć, kim jestem.