Myślałam, że co miesiąc opłacam pobyt macochy. Potem znalazłam między jej włóczkami dokumenty, które ujawniły prawdę.

— Ona myśli, że dopłaca do mojego pobytu — powiedziała. — Inaczej pewnie nie przyjeżdżałaby tak regularnie.

Kobieta siedząca z nią przy stoliku odpowiedziała coś ciszej. Jadwiga westchnęła.

— Wiem, że to nieuczciwe. Ale przynajmniej raz w miesiącu siedzi ze mną przy herbacie i nie patrzy cały czas na zegarek.

Zatrzymałam się przy automacie z wodą. Chałka zsunęła się w reklamówce na mandarynki, a koperta zagięła się na rogu. Przez chwilę czytałam kartkę z godzinami podawania leków, jakbym właśnie po nią przyjechała.

Miałam wtedy pięćdziesiąt dwa lata. Jadwiga była moją macochą tylko w dokumentach i w opowieściach krewnych, którzy lubili dokładnie rozdzielać, kto jest czyj. Moja mama zmarła, kiedy miałam osiem lat. Ojciec ożenił się ponownie dwa lata później.

Jadwiga nigdy nie kazała mi mówić do siebie „mamo”. Nie wyrzuciła sukienek mojej matki ani porcelanowej filiżanki, z której piła kawę. Na pierwszą wywiadówkę poszła w deszczu, bo ojciec utknął na zmianie. Siedziała ze mną w szpitalnym korytarzu po operacji wyrostka i przez całą noc poprawiała koc, choć miałam już siedemnaście lat.

Nie pamiętam dnia, w którym przestałam przedstawiać ją jako żonę ojca. Po prostu z czasem zaczęłam dzwonić do niej najpierw.

Ojciec zmarł dwa lata wcześniej. Po pogrzebie zostały rachunki z zakładu pogrzebowego, akt zgonu, decyzja o rencie rodzinnej i jego klucze położone przy cukiernicy. Jadwiga przez kilka miesięcy mieszkała sama w ich trzypokojowym mieszkaniu. Potem przewróciła się w łazience i przeleżała na podłodze prawie godzinę, zanim usłyszała ją sąsiadka.

Chciałam zatrudnić opiekunkę. Jadwiga odmówiła. Sama znalazła prywatny dom opieki pod Piasecznem, niewielki, z ogrodem i pielęgniarką na nocnej zmianie. Powiedziała, że jej emerytura oraz pieniądze ze sprzedaży mieszkania pokryją większą część opłat, ale co miesiąc zabraknie dwóch tysięcy trzystu złotych.

— Nie będziesz dokładać — zastrzegła.

— Ty wychowywałaś mnie przez trzydzieści lat. Teraz moja kolej.

Prowadziłam wtedy biuro rachunkowe i pracowałam po dziesięć, czasem dwanaście godzin. Nadal spłacałam kredyt za mieszkanie i pożyczkę zaciągniętą na leczenie ojca. Żeby znaleźć dodatkowe pieniądze, zrezygnowałam z wyjazdów, sprzedałam samochód i brałam rozliczenia małych firm także w soboty.

Jadwiga prosiła, żebym nie płaciła placówce bezpośrednio. Tłumaczyła, że dom seniora pobiera całą opłatę z konta mieszkańca, a rodzina może jedynie przelewać środki na jego rachunek. Brzmiało to możliwie. Nie sprawdzałam umowy, bo ufałam jej bardziej niż własnej siostrze.

Co miesiąc przyjeżdżałam z potwierdzeniem. Czasem zostawałam godzinę, czasem krócej. Jadwiga pytała o mojego syna, pracę i bolący kręgosłup. Ja odpowiadałam, jednocześnie sprawdzając wiadomości. Kiedy mówiła, żebym została na kolacji, obiecywałam, że następnym razem.

Ostatnia Wigilia, którą spędziłyśmy jeszcze w jej mieszkaniu, wyglądała podobnie. Przyjechałam po południu z gotowymi pierogami, ustawiłam świece i odebrałam trzy telefony od klientów. Jadwiga zapytała, czy zostanę do pasterki. Odpowiedziałam, że rano muszę poprawić listę płac dla piekarni. Mój dorosły syn powiedział później w samochodzie, że babcia przez pół kolacji patrzyła na moje puste krzesło. Obraziłam się na niego, bo łatwiej było uznać, że przesadza, niż przyznać, że zauważył coś przede mną.

Teraz stała w drzwiach oranżerii i patrzyła na mnie bez okularów.

— Jesteś wcześniej — powiedziała.

— Tak.

Zobaczyła kopertę wystającą z reklamówki. Nie zapytała, ile usłyszałam.

W jej pokoju pachniało kremem do rąk i suszonymi jabłkami. Na fotelu leżała zaczęta kamizelka dla mojego wnuka. Postawiłam zakupy na stoliku.

— Ile naprawdę kosztuje twój pobyt?

Jadwiga zaczęła składać papierową serwetkę na coraz mniejsze kwadraty.

— Mam dożywotnią ulgę. Fundacja, której przed laty przekazałam część spadku po siostrze, dopłaca do miejsca. Moja emerytura wystarcza na resztę.

— Czyli niczego ode mnie nie potrzebowałaś?

Spojrzała na torbę z włóczką.

W środku, pod kłębkami, znalazłam teczkę. Były tam wyciągi bankowe, potwierdzenia lokat i wszystkie moje przelewy, zapisane miesiąc po miesiącu. Nie wydała pieniędzy. Odkładała je na osobnym koncie, a część wpłaciła na obligacje. Na wierzchu leżała koperta z moim imieniem.

Usiadłam na brzegu łóżka.

— Po co?

— Chciałam ci je oddać. Z odsetkami.

— Nie pytam o konto.

Wygładziła serwetkę dłonią.

— Po śmierci twojego ojca przyjeżdżałaś coraz rzadziej. Zawsze miałaś pracę, klienta albo korektę deklaracji. Wiedziałam, że mnie kochasz. Tylko nie umiałam już znaleźć miejsca w twoim tygodniu.

— Mogłaś powiedzieć.

— Nie chciałam prosić własnej córki, żeby miała dla mnie godzinę.

Słowo „córki” zabrzmiało zwyczajnie. Właśnie dlatego zabolało najbardziej.

Powiedziałam jej, ile kosztowała mnie ta pomoc. O sprzedanym samochodzie, odwołanym wyjeździe z synem i pracy po nocach. Jadwiga nie broniła się. Wyjęła z szuflady umowę z domem opieki oraz dyspozycję przelewu całej kwoty na moje konto.

— Myślałam, że skoro pieniędzy nie ruszam, to tylko pożyczam twoją uwagę — powiedziała. — Wiem, jak to brzmi.

— Jak oszustwo.

— Tak.

Nie przytuliłyśmy się. Nie umiałam. Zabrałam dokumenty, ale kopertę z listem zostawiłam na stoliku.

Następnego dnia poszłyśmy razem do banku. Doradca drukował kolejne formularze, a Jadwiga poprawiała długopisem datę, bo ręka lekko jej drżała. Kwota była większa niż suma moich przelewów, ponieważ doliczyła zysk z lokat. Nie chciałam tych dodatkowych pieniędzy, ale pracownik wyjaśnił, że najprościej będzie zamknąć rachunek i wszystko rozliczyć jednym przelewem.

Jadwiga słuchała uważnie, jakby chodziło o cudzą sprawę. Dopiero na parkingu zapytała, czy teraz przestanę przyjeżdżać. Odpowiedziałam, że przez jakiś czas nie wiem, jak przyjeżdżać. Skinęła głową i poprosiła, żebym odprowadziła ją tylko do recepcji.

Przez następne dwa tygodnie rozmawiałyśmy wyłącznie o podatku od odsetek i zmianie osoby upoważnionej do konta. Rzeczy praktyczne były łatwiejsze.

W trzecią sobotę pojechałam bez koperty. Przywiozłam tylko chałkę i słoik powideł. Jadwiga siedziała przy oknie, kończąc kamizelkę.

— Ile możesz zostać? — zapytała.

Wyłączyłam telefon i położyłam go ekranem do dołu, obok jej okularów.

— Do kolacji.

Nalała herbaty do dwóch filiżanek. Tej po mojej mamie nie zabrała do domu opieki. Powiedziała, że czeka na mnie w kredensie, jeśli kiedyś będę chciała ją wziąć. Potem poprawiła oczko w rękawie kamizelki i podała mi chałkę, żebym pokroiła ją tak jak dawniej, na zbyt grube kromki.