„Dotarło to do pana, panie Piotrze? ” – usłyszałem przez telefon. Ekspres do kawy większy niż moja mikrofalówka stał w tle, a ja wiedziałem, że to nie jest zwykła rozmowa. Pan mi wnosi do domu biedę.

Damian lubił mówić ostro, lubił przyciskać ludzi do ściany. „Tato, no odezwała się w końcu prawie szeptem”. Patrzyłem na nią i przez chwilę widziałem nie tę elegancką kobietę w drogiej kuchni, tylko małą dziewczynkę w za dużej czapce, którą prowadziłem rano do przedszkola, zanim pobiegłem do szkoły na pierwszą lekcję. Widziałem, jak wciskała mi zimną rączkę do kieszeni płaszcza, bo zapomniałem jej rękawiczek.
„No właśnie. A Pan mu wkłada do głowy lęki ludzi, którzy całe życie liczyli drobne przy kasie. Proszę pana, ja nie mam nic do nauczycieli”. Ale Damian już odwrócił się do okna.
Kiedy sięgałem po klamkę, wsunęła mi coś do kieszeni kurtki. Leżały tam obok kluczyków do ich dużego samochodu i zapachowej świecy, która udawała domowe ciepło. „Nie dzwoń do mnie po kryjomu, Ewa”. Po prostu nie chciałem wracać do domu za pieniądze podane jak jałmużna.
Ruszyłem pieszo do przystanku. Wsiadłem tylnymi drzwiami, usiadłem przy oknie i przyłożyłem czoło do zimnej szyby. Do domu dotarłem późno. Zostawiła je ostatnim razem, bo uparła się, że do domu wróci w kaloszach, choć nie padało.
Zosia zaglądała mi do szuflad i pytała, czy naprawdę kiedyś nie było tabletów. Nie dzwoniłem do Ewy. W czwartki do przychodni po receptę zawsze ta sama kolejka, te same westchnienia, te same rozmowy, że NFZ to człowieka szybciej wykończy niż choroba. Jedna dziewczyna została lekarką, jeden chłopak mechanikiem i do dziś kłania mi się z drugiej strony ulicy.
„No widzisz, młody człowieku”. Po drugiej stronie telefonu Stefan milczał przez chwilę, jakby i on wrócił myślami do tamtych lat. On do dziś pana pamięta. Siwe włosy miał zaczesane do tyłu.
„Mam do pana nietypową prośbę”. Szukam teraz projektów, w które mogę włożyć kapitał, ale bez siedzenia nad nimi od rana do nocy. Dla mnie to była suma tak abstrakcyjna jak odległość do Księżyca. Nie wiedziałem jeszcze do czego zmierza.
Przestraszone, zarozumiałe, samotne, kłamliwe, dobre, pogubione, a dorośli to te same dzieci, tylko nauczyły się lepiej ubierać, lepiej mówić i skuteczniej ukrywać, co mają w środku. Do tego biała koszula, starannie wyciągnięta z szafy i granatowy krawat, którego nie nosiłem od imienin kolegi ze szkoły. „No, Piotrze! ” – mruknąłem do siebie.
Do centrum pojechałem tramwajem. Poprowadziła mnie korytarzem do osobnej sali. Dla niego te 10 milionów złotych to bilet do zupełnie innej ligi. Do sali wszedł Damian.
Podszedł do Stefana z wyciągniętą dłonią. Przez moment wyglądał jak uczeń, który wszedł do klasy pewny siebie, a na ławce zobaczył kartkówkę. Ja milczałem, patrzyłem, jak Damian uśmiecha się do Stefana, a do Kalnera mówi tonem o pół stopnia chłodniejszym. Odwrócił się do mnie.
„Panie Piotrze, skoro Damian należy do pańskiej rodziny, pan chyba najlepiej wie, jak on traktuje ludzi bliskich”. Na takich, których warto zaprosić do stołu i takich, których lepiej schować, żeby nie psuli obrazka. Dla niego człowiek, który nie zarabia przynajmniej 20 000 zł miesięcznie, jest kimś gorszym. Mieliśmy różne podejście do wychowania dzieci.
Potem zwrócił się do mnie. Ten sam stary nauczyciel, ta sama marynarka, te same buty, choć dobrze wypastowane, tylko coś było inne. Najpierw usłyszałem od znajomego z osiedla, że stara kamienica, o której mówił Damian, poszła do innego inwestora. Kiedyś, gdy była mała, pisała do mnie z wycieczki szkolnej: „Tato, tęsknię”.
Damian podobno coraz częściej wracał do domu wściekły. Miałem z nich zrobić kompot, ale ręce same wyjęły miskę, mąkę, jajka, cukier. Mała przyciskała do piersi pluszowego królika i patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami. Było tyle zdań, które mogły mi przyjść do głowy, tyle gorzkich, łatwych słów.
Aż parsknąłem, choć wcale nie było mi do śmiechu.


