„Ty mi jeszcze powiesz, że mam ci za to wszystko płacić – odparła spokojnie, nie podnosząc głosu. Zbyszek wytrzeszczył oczy. Przed chwilą wrócił z pracy, rzucił kurtkę na szafkę w przedpokoju, wszedł do kuchni i bez słowa otworzył lodówkę. Szukał czegoś na szybko, bo był głodny, a tu żona zaczyna mu czytać jakąś listę wydatków.

– Przecież zawsze tak było, że ja pracuję, a ty zajmujesz się domem – powiedział z wyrzutem. – Co się nagle zmieniło? Basia oparła się o blat i westchnęła. Mówiła cicho, ale każde słowo było jak gwóźdź.
– Zmieniło się tyle, że z miesiąca na miesiąc nie wyrabiamy się z rachunkami. Ja też pracuję, a ty wracasz, rzucasz buty na środek korytarza i siadasz przed telewizorem. A potem dziwisz się, że w lodówce pusto. Zbyszek prychnął i zatrzasnął drzwiczki.
– To może mam ci jeszcze podawać kapcie i meldować się przy drzwiach? – warknął. – No wiesz co, Basia, chyba ci coś do głowy uderzyło. Stanął naprzeciwko niej, skrzyżował ręce i czekał na odpowiedź.
Czuł, że coś między nimi pęka, ale nie chciał się do tego przyznać. Bo od kiedy to facet ma się tłumaczyć z tego, że sięga do lodówki? A potem Basia wyjęła z szuflady kartkę z wypisaną kolumną kwot. – Czynsz, prąd, gaz, internet, jedzenie, proszek do prania, szampon – przeczytała powoli.
– To wszystko płacę. Ty przynosisz wypłatę, ale zanim się obejrzysz, to ona rozpływa się na rzeczy, których nawet nie zauważasz. A jak coś kupuję, to słyszę, że drogo. Zbyszek prychnął ponownie.
– No to widzę, że mamy problem. Skoro tak stawiasz sprawę, to może ja sobie pójdę. Dorosły człowiek, który sam zarabia, nie będzie się rozliczał z każdego jogurtu. I wyszedł.
Trzasnął drzwiami tak mocno, że lampa w korytarzu zadrżała jeszcze przez chwilę. Basia została w kuchni. Wzięła jego niedopity kubek, wylała kawę do zlewu i zaczęła zmywać naczynia. Wiedziała, że to nie koniec.
Zbyszek nie należał do tych, którzy przyznają się do błędu. Mijały kolejne dni, a napięcie w mieszkaniu rosło. Zbyszek zamykał się w sypialni, włączał telewizor i nie odzywał się bez potrzeby. Basia starała się udawać, że wszystko jest w porządku, ale w jej oczach nie było już tej dawnej cierpliwości.
To nie była ta kobieta, która przez lata wycierała mu ślady butów i szykowała kolację, kiedy wracał późno. Pewnego sobotniego poranka wyjęła z szafy walizkę. Zbyszek właśnie wstawał, przecierając oczy, kiedy zobaczył ją przy łóżku w płaszczu. – Co ty robisz?
– zapytał, jeszcze na wpół rozbudzony. – Jadę do mamy – odpowiedziała spokojnie. – Pies jedzie ze mną. – Zobaczysz, że bez niej dasz sobie radę.
Jesteś dorosły. Może nawet zauważysz, ile rzeczy robię za ciebie każdego dnia. Nie powiedziała tego z gniewem. Powiedziała to z taką rezygnacją, że Zbyszkowi zrobiło się jakoś dziwnie.
Chciał coś odpowiedzieć, może nawet przeprosić, ale zanim zdążył otworzyć usta, Basia wyszła z sypialni, chwyciła torbę z przedpokoju, zawołała psa i zamknęła za sobą drzwi. Został sam. Pierwszy wieczór nie był taki zły. Znalazł w lodówce resztki pierogów, odgrzał je w mikrofali i obejrzał mecz.
Ale kiedy nastał ranek, zorientował się, że nie ma czystych skarpetek w szufladzie. Ani kawy w szafce, bo to Basia zawsze o to dbała. Następnego dnia było gorzej. Kubek leżał w zlewie, do którego bał się podejść, bo tam pływało tygodniowe naczynia.
Na stole walały się opakowania po drożdżówkach. W całym mieszkaniu unosił się zapach starych butów i potu. Dzień później zadzwonił do matki. – Amo, słuchaj, Basia wyjechała – wyrzucił z siebie szybko.
– Może bym mógł wpaść na obiad? W słuchawce zapadła cisza. Potem matka westchnęła. – No proszę, sylwek się znalazł.
A myślałeś, że jak ożenisz się, to żona będzie ci gotować przez całe życie? – Amo, nie zaczynaj mi – mruknął Zbyszek. – Ja ci nie będę gotować, dopóki nie przeprosisz i nie zawieziesz jej do domu. Bo wiesz, dlaczego Basia wyjechała?
Bo jej się nudzi, widzisz, taka kobieta – ciągnęła matka, nie kryjąc kpiny. – Wracaj, przeproś, zobacz, jak wygląda twoje mieszkanie, i weź się za siebie. Zbyszek odłożył słuchawkę wkurzony. Przyjaciółka Basi też mu powiedziała, że to jego wina.
I to w jaki sposób!? I z taką minę, jakby wiedziała więcej, niż mówi. Zapadła kolejna noc. Zbyszek leżał sam na kanapie, wpatrzony w sufit.
Nie mógł spać. Dom bez Basi był jak wielka, pusta skorupa. Nawet telewizor przestał go bawić. Po tygodniu zmiękł.
Zebrał się w sobie, wziął urlop i pojechał do teściowej. Basia otworzyła mu drzwi, ale nie zaprosiła do środka. Stała w drzwiach, skrzyżowawszy ręce, a za nią pies patrzył na niego spode łba. – Przyjechałem, bo… – zaczął Zbyszek.
– No wiesz, może wrócisz do domu? Była krótka i rzeczowa. – I co się zmieni? – No jak to co?
– Zbyszek poczuł, że grunt mu się wymyka spod nóg. – Przecież ja… Przecież przepraszam. – Przez tyle lat nie przeprosiłeś ani razu za to, że musiałam prosić cię o pomoc w domu, o wspólne płacenie rachunków, o to, żebyś choć raz sam posprzątał po sobie. Teraz przyjeżdżasz z jedną ułomną łzą i myślisz, że się wzruszę?
– No słuchaj, nie przesadzajmy – zaczął, ale Basia go przerwała. – Zbyszek, ja cię nie proszę o wielkie zmiany. Proszę o to, żebyś zaczął wreszcie widzieć, że jestem dla ciebie partnerką, a nie sprzątaczką. Może wrócę, ale nie teraz i nie na twoich warunkach.
Potem zamknęła drzwi. Zbyszek stał na korytarzu, patrząc na zamknięte drzwi. Po raz pierwszy w życiu poczuł, że naprawdę może zostać sam. I że to on sam do tego doprowadził.
Przez kolejne tygodnie próbował coś zmienić. Sprzątał. Gotował proste potrawy, choć mu nie szło. Przez telefon mówił Basi, że mu smutno.
Ona odpowiadała krótko, ale nie wracała. Aż w końcu, pewnego wieczoru, gdy właśnie kończył sprzątać kuchnię, zadzwoniła. – Może się spotkamy – powiedziała cicho. – Może porozmawiamy o tym wszystkim, ale bez pretensji i bez fochów.
Zbyszek poczuł, jak serce mu bije szybciej. – To może wrócisz do domu? – spytał niepewnie. – Może wrócę, jak sam to do mnie powiesz.
Ale zanim to zrobię, chcę zobaczyć, czy naprawdę się zmieniłeś. Bo ja nie chcę już wracać do tego, co było. Zbyszek przez chwilę milczał. Wiedział, że ta rozmowa jeszcze nie jest wygrana.
Ale coś w nim pękło. Głęboko, tam, gdzie kiedyś była duma, pojawiło się miejsce na coś nowego. – Basia… – powiedział, kończąc wreszcie to, co zaczynał już wiele razy: – Przepraszam. Naprawdę.
I to nie było tylko słowo. To była obietnica wypowiedziana po raz pierwszy.


