Kiedy pierwszy raz zobaczyłam Kamila z kluczem do domu pani Haliny, stałam przy furtce z siatką ziemniaków i receptą, którą miałam wykupić jej w aptece. Młody człowiek wyszedł na ganek, zamknął drzwi i sprawdził, czy zamek dobrze zaskoczył. Potem schował klucz do kieszeni bluzy.
— Pani jest Agata? — zapytał.
Nie podobało mi się, że zna moje imię.

Mam pięćdziesiąt trzy lata i od dzieciństwa mieszkam na tej samej ulicy pod Radomiem. Pani Halina była dla mnie kimś więcej niż sąsiadką. Kiedy mama pracowała na nocne zmiany w szpitalu, to ona pilnowała, żebym odrobiła lekcje, zjadła zupę i nie siedziała zbyt długo przy telewizorze.
Po śmierci jej męża zaczęłam zaglądać do niej kilka razy w tygodniu. Woziłam ją do przychodni, odbierałam leki, czasem pomagałam opłacić rachunki przez internet. Halina miała osiemdziesiąt trzy lata, bolące kolana i ogromną niechęć do przyznawania, że czegokolwiek nie potrafi zrobić sama.
Trzy tygodnie wcześniej otworzyła mi drzwi tylko na szerokość ramienia. Włosy miała starannie uczesane, a na policzkach trochę różu, którego nie używała od lat. Za jej plecami zobaczyłam męską kurtkę przewieszoną przez krzesło.
— Nie musisz już przychodzić tak często — powiedziała. — Kamil mi pomaga.
Okazało się, że był kurierem. Przywiózł jej paczkę, pudełko rozdarło się na schodach, a zawartość rozsypała po ganku. Halina nie chciała powiedzieć, co zamawiała. Kiedy zapytałam, ile Kamil ma lat i dlaczego wraca codziennie, poprawiła rękaw swetra.
— Dość, żeby wiedzieć, jak naprawić cieknący kran — odpowiedziała.
Mój mąż, Roman, uważał, że przesadzam. Przy kolacji powiedział, że starsza kobieta ma prawo zaprzyjaźnić się z kim chce. Przypomniał mi też, że Halina nie jest ubezwłasnowolniona i nie potrzebuje strażnika przy furtce.
— A jeśli wyciąga od niej pieniądze? — zapytałam.
— To sprawdź, czy ma opłacony gaz, zamiast śledzić chłopaka przez firankę.
Sprawdziłam. Rachunki były zapłacone, emerytura wpływała regularnie, a z konta nie znikały żadne większe kwoty. Mimo to Halina przestała odbierać telefon. Zamiast długich wiadomości o pogodzie, cenie masła i sąsiadce z końca ulicy dostawałam krótkie: „Wszystko dobrze. Nie martw się”.
Każda wyglądała identycznie.
Kamil przyjeżdżał rano albo wieczorem. Czasem zostawał na noc. Widziałam, jak wnosił do domu kartony, koce i reklamówki z konserwami. Raz z bagażnika wyjął laskę ortopedyczną i kilka paczek środków higienicznych.
Zaczęłam się zastanawiać, czy Halina nie jest chora poważniej, niż mówi. Zadzwoniłam do jej bratanicy w Gdańsku, ale nie rozmawiały od kilku lat po sporze o działkę po rodzicach. Kobieta poradziła mi, żebym wezwała opiekę społeczną albo policję, jeśli mam podejrzenia.
Nie zrobiłam tego. Jeszcze nie.
W środę listonosz zostawił u mnie przesyłkę dla Haliny. Zaniosłam ją po pracy. Pukałam długo, potem obeszłam dom i zajrzałam przez kuchenne okno. Na stole stały dwie filiżanki, a na kredensie leżała otwarta teczka z rachunkami i skierowaniem do poradni urologicznej.
Miałam jej zapasowy klucz, przekazany jeszcze przed operacją biodra. Otworzyłam drzwi i zawołałam. W domu było cicho, ale z dołu dochodziło miarowe stukanie.
Piwnica Haliny zawsze pachniała jabłkami, kurzem i pastą do podłogi. Zeszłam ostrożnie po stromych schodach. Drzwi do małego składziku były zamknięte, a zza nich usłyszałam jej głos.
— Agata? Jest tam ktoś?

Zamek się zaciął. Nie próbowałam wyważać drzwi sama. Zadzwoniłam po straż pożarną, a przez szparę przy podłodze podałam Halinie butelkę wody. Siedziała po drugiej stronie od prawie dwóch godzin, z bolącą kostką, po tym jak spadła z niskiego stołka i drzwi zatrzasnęły się za nią.
Kamil wrócił przed strażakami. Wypadła mu z ręki papierowa torba z apteki, kiedy usłyszał, gdzie jest Halina. Nie tłumaczył się i nie pytał, co robię w domu. Usiadł na schodach przy drzwiach i spokojnie mówił do niej, dopóki strażacy nie podważyli zamka.
W szpitalu okazało się, że kostka nie jest złamana, ale mocno skręcona. Halina musiała zostać kilka godzin na obserwacji, bo była odwodniona. Kamil siedział na korytarzu z jej dokumentami, dowodem osobistym i listą leków ułożoną w przezroczystej koszulce.
— Zostawiłeś ją samą — powiedziałam.
— Poszedłem tylko po receptę.
— A wiadomości? To ty je pisałeś?
Spojrzał na drzwi gabinetu.
— Na jej prośbę. Wstydziła się pani powiedzieć, że zaczęła używać wkładek i czasem nie zdąża do łazienki.
Paczka, która rozdarła się na ganku, zawierała właśnie środki chłonne. Kamil zebrał je bez komentarza, zaniósł do łazienki i zauważył pustą lodówkę. Po pracy wrócił z rosołem, pieczywem i owocami.
Sam nie miał wtedy gdzie mieszkać. Po śmierci matki przenosił się między pokojami wynajmowanymi na krótko, a gdy zabrakło pieniędzy, spał w samochodzie. Halina dostrzegła kołdrę i torbę z ubraniami na tylnym siedzeniu. Zaproponowała mu jeden z trzech pustych pokoi.
— Powiedziała wszystkim, że się zakochała — przypomniałam.
Kamil pierwszy raz się uśmiechnął.
— Mówi, że wreszcie ma wnuka, który umie wymienić uszczelkę.
Następnego dnia zeszliśmy razem do piwnicy. Kartony, które uznałam za coś podejrzanego, były opisane nazwiskami mieszkańców naszej ulicy. W jednym leżała żywność dla samotnego pana Władysława, w drugim ręczniki i dziecięce ubrania dla młodej matki z mieszkania komunalnego. Halina zebrała listę potrzeb przez parafię i pracownicę miejscowego ośrodka pomocy społecznej.
Chciała pomagać, ale nie chciała, żebym wszystkim kierowała. Powiedziała mi to dwa dni później w swojej kuchni, z nogą ułożoną na krześle.
— Ty mnie od lat pilnujesz, Agatko — powiedziała. — A ja chciałam jeszcze komuś się przydać.
Wypłukała filiżankę, choć była czysta.
— Mogłaś mi zaufać.
— Mogłam. Ty mogłaś najpierw zapukać, zanim urządziłaś śledztwo.
Nie przeprosiłyśmy się od razu. Najpierw ustaliłyśmy, że Kamil nie będzie pisał za nią wiadomości, a w piwnicy zamontujemy klamkę otwieraną także od środka. Roman przykręcił poręcz przy schodach, a ja zadzwoniłam do pracownicy ośrodka, żeby przekazywanie paczek odbywało się bezpiecznie i z potwierdzeniem.
Pierwsze kartony rozwieźliśmy tydzień później. Halina siedziała przy kuchennym stole z listą i wykreślała kolejne nazwiska. Kamil nosił paczki do samochodu, a ja sprawdzałam adresy.
Przed wyjściem podała mi torbę z miękkim chlebem dla pana Władysława.
— Tylko nie zaglądaj do środka — powiedziała.
Zapięłam torbę i odłożyłam jej zapasowy klucz obok cukiernicy. Halina przesunęła go z powrotem w moją stronę.
— Zostaw — mruknęła. — Tylko następnym razem najpierw zawołaj z ganku.


