Do restauracji wszedłem kilka minut po dwudziestej pierwszej. Padał mokry listopadowy śnieg, więc najpierw otrzepałem płaszcz przy drzwiach i dopiero wtedy usiadłem przy stoliku pod oknem. Od kilku lat, odkąd mieszkam sam, zaglądam tam dwa albo trzy razy w tygodniu po zamknięciu hurtowni.

Mam pięćdziesiąt trzy lata i nie lubię wracać do pustego mieszkania zbyt wcześnie. W lokalu przy rynku zawsze ktoś jeszcze siedział nad zupą albo herbatą, z kuchni było słychać talerze, a człowiek przez godzinę nie czuł się całkiem sam. Tego wieczoru obsługiwała mnie Magda, kelnerka, którą kojarzyłem od dawna.
Zwykle była szybka i pogodna, ale wtedy dwa razy pomyliła stoliki, a kiedy stawiała przede mną rosół, oparła dłoń o krzesło. Miała podkrążone oczy i włosy związane niedbale gumką. Przy kasie kierownik zwrócił jej uwagę, że znowu została po godzinach.
— Ciężki dzień? — zapytałem, gdy przyniosła drugie danie.
— Raczej ciężki miesiąc — odpowiedziała. — Ale ziemniaki są dziś dobre, tego mogę panu obiecać.
Uśmiechnęła się przy tym trochę bez przekonania. Kiedy poprosiłem jeszcze o pierogi na wynos, zauważyłem, że pod fartuchem ma wystający róg białej koperty. Nie zwróciłem na to większej uwagi.
Rachunek wyniósł niecałe sto czterdzieści złotych. Położyłem na podstawce pięćset i powiedziałem, żeby nie wydawała reszty. Magda spojrzała na banknot, potem na mnie i pokręciła głową.
— To za dużo.
— To niech pani choć raz nie dyskutuje z klientem.
Schowała pieniądze do kieszeni fartucha i tylko podziękowała. Kilka minut później podała mi papierową torbę z pierogami. Wróciłem do domu, nastawiłem czajnik i dopiero przy rozpakowywaniu jedzenia zauważyłem kopertę leżącą między pudełkami.
Była gruba i zaklejona taśmą. Na przodzie ktoś napisał długopisem: „Łukasz, Wspólna 14/7”. Uznałem, że Magda wrzuciła ją do torby przez roztargnienie. Chciałem odłożyć ją na bok i oddać następnego dnia, ale koperta była rozklejona przy jednym rogu i wysunęła się z niej kartka.
Nie musiałem jej czytać. Przeczytałem.
„To ostatni raz. Jest 4200. Zapłać czynsz i prąd. Za mamę i pogrzeb rozliczyliśmy się już dawno. Nie będę dalej spłacać twoich rachunków. M.”
Pod kartką były banknoty. Usiadłem przy kuchennym stole, obok niedopitej herbaty, i policzyłem je tylko po to, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście jest tam taka suma. Było cztery tysiące dwieście złotych, w tym moje pieniądze z napiwku.
Zadzwoniłem do restauracji. Kierownik powiedział, że Magda wyszła wcześniej, bo musiała załatwić sprawę rodzinną. Nie podał mi jej numeru, co zresztą rozumiałem. Powiedziałem więc, że mam kopertę z pieniędzmi i przywiozę ją rano.
Odłożyłem telefon, ale adres na kopercie nie dawał mi spokoju. Ulica Wspólna była dziesięć minut samochodem od mojego domu. W końcu włożyłem kopertę do wewnętrznej kieszeni płaszcza i pojechałem ją oddać.
Blok znałem z widzenia. Cztery piętra, stara klatka schodowa, rowery przypięte do poręczy i zapach gotowanej kapusty od parteru. Na półpiętrze usłyszałem podniesiony męski głos.
— Miałaś przynieść pieniądze dzisiaj.
Magda stała przed mieszkaniem numer siedem. Bez fartucha wyglądała młodziej, ale też bardziej zmęczona. Naprzeciw niej stał mężczyzna może po czterdziestce, w dresowych spodniach i rozpiętej kurtce.
— Miałam — odpowiedziała. — Zgubiłam kopertę.
— Cztery tysiące tak po prostu zgubiłaś?
— Nie wiem, Łukasz. Byłam w pracy od jedenastej.
Mężczyzna zaczął mówić o zaległym czynszu, rachunku za prąd i piśmie od spółdzielni. Z jego słów zrozumiałem, że mieszkanie należało wcześniej do ich matki. Po jej śmierci odziedziczyli je po połowie, ale Łukasz został w nim sam. Magda od miesięcy dokładała się nie tylko do opłat właścicielskich, lecz także do jego części rachunków.
— Przecież to też twoje mieszkanie — rzucił.
— Połowa mieszkania, nie połowa twojego życia.
Za drzwiami naprzeciwko coś zaszurało. Starsza sąsiadka uchyliła drzwi i spojrzała na nich bez słowa. Łukasz ściszył głos.
— Dostałem już wezwanie. Jak nie zapłacę, będę miał następne problemy.
— Wypłatę dostałeś dwa tygodnie temu.
— Miałem inne wydatki.
Magda popatrzyła na niego i poprawiła pasek torebki na ramieniu.
— Nowy telewizor to nie jest „inny wydatek”, kiedy masz zaległości w spółdzielni.
Wtedy wyszedłem zza zakrętu schodów. Poczułem się niezręcznie, bo byłem obcym człowiekiem w środku rodzinnej rozmowy. Wyjąłem kopertę i podałem ją Magdzie.
— To chyba pani.
Przez moment patrzyła na moje ręce. Potem wzięła kopertę i sprawdziła zawartość.
— Wpadła do torby z pierogami — powiedziałem. — Przepraszam, przeczytałem kartkę. Chciałem ustalić, do kogo należą pieniądze.
Łukasz od razu wyciągnął rękę.
— No, to po sprawie.
Magda nie podała mu koperty. Schowała ją do torebki i zasunęła zamek.
— Nie, właśnie nie po sprawie.
Brat spojrzał na nią tak, jakby nie zrozumiał.
— Przecież po to je przyniosłaś.
— Przyniosłam, bo bałam się, że jak nie zapłacę, znowu zaczniesz dzwonić w pracy. I że będziesz mówił, że mama nie chciałaby, żebym cię zostawiła z problemem. Ale mama nie żyje od ośmiu miesięcy. Ja zapłaciłam połowę pogrzebu, opłaciłam notariusza, swoją część zaległości i jeszcze trzy razy ratowałam ciebie.
Starsza kobieta z naprzeciwka otworzyła drzwi szerzej.

— Magda, wystarczy — powiedziała cicho. — Twoja mama też mu ciągle dokładała.
Łukasz odwrócił się do niej.
— Pani Ireno, proszę się nie wtrącać.
— Nie wtrącałam się dwadzieścia lat.
Nikt przez chwilę nic nie powiedział. Na klatce było słychać telewizor z któregoś mieszkania i windę zatrzymującą się piętro wyżej.
Magda wyjęła z koperty mój banknot pięćsetzłotowy i podała mi go. Nie przyjąłem.
— To był napiwek.
— W takim razie pierwszy pieniądz od dawna, którego nie wydam na brata — odpowiedziała.
Łukasz prychnął i wszedł do mieszkania, zamykając drzwi trochę mocniej, niż było trzeba. Magda została na klatce. Powiedziała mi, że następnego dnia ma umówioną wizytę w kancelarii prawnej, bo chce doprowadzić do działu spadku albo sprzedaży swojego udziału. Nie wiedziała jeszcze, co będzie możliwe.
— Najgorsze, że ja cały czas myślałam, że mu pomagam — powiedziała. — A on już nawet nie pytał. Po prostu podawał kwotę.
Zeszliśmy razem przed blok. Śnieg zmienił się w deszcz i na chodniku stały kałuże. Magda podziękowała za przywiezienie koperty, a potem poszła w stronę przystanku.
Trzy tygodnie później znowu zajrzałem do restauracji. Obsługiwała inny stolik, a kiedy mnie zobaczyła, podeszła z dzbankiem herbaty. Powiedziała, że Łukasz od kilku dni się nie odzywa, a dokumenty dotyczące mieszkania leżą już u prawniczki.
— Nie wiem, czy będzie łatwiej — dodała.
— Pewnie nie od razu.
Postawiła przede mną filiżankę i uśmiechnęła się lekko.
— Pierogi też pan bierze na wynos?
— Tym razem sprawdzę torbę przy kasie.
Zaśmiała się i poszła po zamówienie. Na stoliku zostały cukiernica, rachunek i moja herbata. Koperty już nie było.


