CZĘŚĆ 1: Premia, która nagle stała się „rodzinna”

— Jak śmiesz żyć lepiej niż mój syn?

Te słowa usłyszałam od teściowej w moim własnym przedpokoju.

Nie zapytała, czy może wejść.

Nie zapytała, jak się czujemy.

Nie zapytała nawet, czy mam czas.

Po prostu weszła, zdjęła buty, rozejrzała się po mieszkaniu i skrzywiła usta, jakby przyszła na kontrolę, a nie do syna i synowej.

Halina Nowak, matka mojego męża, zawsze miała ten sam sposób patrzenia na mnie. Jakbym była kobietą, która przez przypadek zajęła miejsce zarezerwowane dla kogoś lepszego.

Za nią weszła jej córka, Karolina.

Dwudziestosiedmioletnia.

Bez stałej pracy.

Z paznokciami dłuższymi niż jej ostatnia umowa zlecenie.

I z miną osoby, która uważa, że świat jest jej coś winien, tylko jeszcze nie zdążył zrobić przelewu.

Mój mąż, Paweł, siedział w salonie i udawał, że naprawia pilot od telewizora.

Robił tak zawsze, kiedy jego matka zaczynała.

Wzrok w dół.

Usta zamknięte.

Ciało obecne, charakter nieobecny.

— Dobry wieczór — powiedziałam spokojnie, choć już czułam, jak robi mi się gorąco pod skórą. — Co się stało?

Halina nie odpowiedziała od razu.

Najpierw przeszła do kuchni, przesunęła palcem po blacie i obejrzała go pod światło.

— No proszę. Na sprzątanie czasu nie ma, ale na premie w pracy czas się znalazł.

Zamarłam.

Premia.

Więc o to chodziło.

Dwa dni wcześniej dostałam roczną premię w firmie logistycznej, w której pracowałam od pięciu lat. Nie była to fortuna, ale dla mnie znaczyła dużo.

Czterdzieści dwa tysiące złotych.

Po podatkach mniej, ale wciąż wystarczająco, żeby zamknąć część kredytu, kupić nową pralkę i odłożyć coś na spokojniejszy rok.

Nie powiedziałam o tym wielu osobom.

Powiedziałam Pawłowi.

Mój błąd.

— Skąd pani wie o mojej premii? — zapytałam.

Paweł poruszył się na kanapie.

Nie spojrzał na mnie.

Halina uśmiechnęła się krótko.

— A to już w małżeństwie są tajemnice?

Karolina prychnęła.

— No widzisz, mamo? Jak trzeba było pożyczyć jej na kurs prawa jazdy, to była rodzina. A teraz pani wielka niezależna.

Spojrzałam na nią.

— Nikt mi nie pożyczał na kurs prawa jazdy. Sama go opłaciłam.

— Ale Paweł cię woził.

— Dwa razy.

— To też kosztuje.

Przez chwilę naprawdę nie wiedziałam, czy się śmiać, czy wyjść z własnej kuchni.

Halina usiadła przy stole.

Jak u siebie.

— Nie będziemy tego przeciągać. Karolina ma trudniejszy okres.

— Karolina ma trudniejszy okres od siedmiu lat — powiedziałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.

Paweł cicho odłożył pilot.

Halina spojrzała na mnie tak, jakby właśnie czekała na ten jeden błąd.

— Właśnie o tym mówię. W głowie ci się poprzewracało od pieniędzy.

— Od moich pieniędzy?

— Od rodzinnych pieniędzy.

W kuchni zrobiło się cicho.

Karolina oparła się o futrynę.

— Mam chwilowe długi — powiedziała. — Każdemu się zdarza.

— Ile?

Nie odpowiedziała.

Spojrzała na matkę.

Halina położyła na stole złożoną kartkę.

Nie dotknęłam jej.

— Ile? — powtórzyłam.

— Dwadzieścia osiem tysięcy — powiedziała Halina.

Paweł aż podniósł głowę.

— Co?

Wtedy zrozumiałam, że nawet on nie znał kwoty.

Karolina przewróciła oczami.

— Nie róbcie z tego dramatu. To pożyczki, karta, trochę zaległego czynszu. I jeden wyjazd, który miał mi pomóc psychicznie.

— Wyjazd? — zapytałam.

— Do Chorwacji — burknęła. — Ale to było zanim wszystko się posypało.

Oparłam dłonie o blat.

Dopiero wtedy poczułam, jak bardzo zaciskam palce.

— Czyli przyszłyście po moją premię, żeby spłacić długi Karoliny?

— Przyszłyśmy porozmawiać jak rodzina.

— Nie. Przyszłyście po pieniądze.

— Nie bądź taka twarda, Marta — odezwał się Paweł cicho.

Spojrzałam na niego.

Marta.

Nazywał mnie tak tylko wtedy, kiedy chciał, żebym zmiękła.

— Ty wiedziałeś? — zapytałam.

— Mama tylko pytała…

— Czy ty wiedziałeś, że chcą mojej premii?

— Nikt nie mówi, że całej.

Karolina parsknęła.

— No najlepiej całej, bo i tak wam starczy. Ty dobrze zarabiasz.

Wtedy pierwszy raz tego wieczoru naprawdę podniosłam głos.

— To ja dobrze zarabiam. Nie „wy”. Ja.

Halina uderzyła dłonią w stół.

— Jak śmiesz żyć lepiej niż mój syn?!

To zdanie wybuchło między nami tak głośno, że nawet sąsiad za ścianą przestał wiercić.

Paweł wstał.

— Mamo…

— Nie, Paweł! — krzyknęła. — Nie będę patrzeć, jak twoja żona robi z ciebie biednego krewnego we własnym domu. Ona kupuje sobie płaszcze, odkłada na wakacje, a twoja siostra tonie w długach!

— Mój ostatni płaszcz kupiłam trzy lata temu — powiedziałam. — Na przecenie.

— Nie o płaszcz chodzi!

— Wiem. Chodzi o to, że moje pieniądze są moje dopóki są małe. A kiedy zrobią się większe, nagle stają się rodzinne.

Karolina podeszła bliżej.

— Jesteś żoną mojego brata. Masz obowiązek pomagać.

— Nie mam obowiązku spłacać twoich zachcianek.

Jej twarz stężała.

— Uważaj.

— Nie. To ty uważaj. Przyszłaś do mojego mieszkania po moje pieniądze i jeszcze próbujesz mnie straszyć?

Halina nagle wstała.

— Dość. Paweł, powiedz coś.

Paweł patrzył na podłogę.

Sekunda.

Druga.

Trzecia.

I każda z nich mówiła mi więcej niż wszystkie jego obietnice.

— Paweł — powiedziałam spokojnie. — Jeśli teraz nie powiesz jasno, że moja premia nie jest do rozdania, to ja też wyciągnę wnioski.

Podniósł wzrok.

Był zmęczony.

Zagubiony.

I nadal bardziej przestraszony matki niż utraty mnie.

— Może pożyczymy część — powiedział. — Tylko żeby uspokoić sytuację.

W tej chwili coś we mnie pękło.

Nie głośno.

Nie dramatycznie.

Po prostu przestałam czekać, aż ktoś mnie obroni.

— Nie — powiedziałam.

Halina zmrużyła oczy.

— Co nie?

— Nie dam ani złotówki.

Karolina zaśmiała się krótko.

— Serio?

— Serio.

— Będziesz żałować — syknęła.

— Czego? Że nie zapłacę za twoje wakacje i długi?

Halina podeszła do drzwi.

— Paweł, porozmawiamy później. Bez niej.

— Nie — powiedziałam. — Jeśli chodzi o moje pieniądze, to nie będzie żadnego „bez niej”.

Teściowa odwróciła się jeszcze w progu.

Jej twarz była czerwona, ale głos miała już zimny.

— Skoro nie chcesz być częścią tej rodziny, to może nie powinnaś mieszkać pod jednym dachem z moim synem.

Paweł zbladł.

— Mamo, przestań.

Halina spojrzała na mnie.

— Jutro zrozumiesz, co to znaczy być sama.

Drzwi trzasnęły.

Karolina wyszła za nią bez słowa, ale zanim zamknęła drzwi, uśmiechnęła się do mnie tak, jakby już wiedziała coś, czego ja jeszcze nie wiedziałam.

Paweł usiadł z powrotem na kanapie.

— Przepraszam — powiedział po chwili.

— Za co dokładnie?

Nie odpowiedział.

I to była odpowiedź.

Tej nocy prawie nie spałam.

Rano poszłam do pracy z ciężką głową, ale z jedną myślą: moja premia zostaje tam, gdzie jest.

Na moim koncie.

Po pracy wróciłam później niż zwykle.

Już na klatce poczułam, że coś jest nie tak.

Drzwi do mieszkania były zamknięte, ale pod nimi wystawał kawałek materiału.

Mój szalik.

Otworzyłam drzwi.

W przedpokoju stała walizka.

Moja walizka.

Szara, ze złamanym zamkiem, którego od miesięcy nie zdążyłam wymienić.

Z boku wystawał rękaw mojej bluzki.

A obok niej, na moim krześle, siedziała Halina.

Z kluczami do mojego mieszkania w dłoni.

— No — powiedziała spokojnie. — Teraz możemy porozmawiać rozsądnie.

Ciąg dalszy w części 2…