Część 1: Babcia zostawiła mi fortepian, a rodzice sprzedali go, żeby kupić mojej siostrze mercedesa
Babcia zawsze mówiła, że są rzeczy, których nie dziedziczy się dla pieniędzy.
Dziedziczy się je po to, żeby pamiętać, kim się było, zanim inni ludzie zaczęli mówić ci, kim masz być.
Jej fortepian Steinway stał w salonie od tak dawna, że jako dziecko myślałam, że dom zbudowano wokół niego. Ciemne drewno, pożółkłe klawisze z kości, ciężka pokrywa, którą babcia zamykała tak ostrożnie, jakby przykrywała śpiące dziecko.
Na tym fortepianie uczyłam się pierwszych gam.
Przy nim babcia mówiła mi, żebym prostowała plecy.
Przy nim płakałam po pierwszym konkursie muzycznym, kiedy zajęłam drugie miejsce, a ojciec powiedział tylko:
— Drugie miejsce to ładniejsza nazwa porażki.
Babcia wtedy usiadła obok mnie, położyła dłonie na klawiszach i zagrała kilka taktów Chopina.
— Nie słuchaj ludzi, którzy widzą tylko podium — powiedziała. — Muzyka jest dla tych, którzy umieją usłyszeć, co boli.
Miałam wtedy dwanaście lat.
Dwadzieścia lat później siedziałam przy jej łóżku w hospicjum pod Krakowem i trzymałam jej chłodną dłoń.

Nazywała się Helena Wysocka. Miała osiemdziesiąt jeden lat, słabe serce, siwe włosy splecione w cienki warkocz i oczy, które nadal potrafiły zatrzymać człowieka w pół słowa.
Lekarze mówili delikatnie.
Kilka tygodni.
Może miesiąc.
Rodzina mówiła jeszcze delikatniej, ale rzadziej.
Moja matka, Elżbieta, odwiedziła ją dwa razy. Ojciec, Marek, przyjechał raz, załatwił coś z dokumentami i wyszedł po dwudziestu minutach, bo „firma nie zaczeka”. Moja młodsza siostra, Natalia, wysłała babci zdjęcie bukietu z kwiaciarni i napisała:
„Trzymaj się, Babciu ❤️”
Nie pojawiła się ani razu.
Ja przychodziłam codziennie po pracy.
Uczyłam muzyki w szkole społecznej i dawałam prywatne lekcje dzieciom, których rodzice czasem przepraszali, że ich syn nie ćwiczył, bo „znowu była matematyka”. Nie zarabiałam dużo. Nie miałam mieszkania w centrum ani samochodu z salonu. Według ojca byłam „artystycznie uzdolniona, ale życiowo niepraktyczna”.
Według babci byłam jedyną osobą w rodzinie, która rozumiała, że instrument nie jest meblem.
Tego popołudnia poprosiła, żebym przysunęła się bliżej.
— Kasiu — powiedziała cicho.
— Jestem, Babciu.
— Steinway będzie twój.
Zamarłam.
— Babciu, nie mówmy teraz o tym.
— Właśnie teraz trzeba mówić o rzeczach ważnych.
Jej palce zacisnęły się na mojej dłoni z zaskakującą siłą.
— Powiedziałam to twoim rodzicom już dawno. Powiedziałam przy notariuszu. Fortepian jest dla ciebie. Nie dlatego, że jest drogi. Dlatego, że ty jedna wiesz, co w nim mieszka.
Poczułam pieczenie pod powiekami.
— Obiecuję, że będę o niego dbać.
Babcia uśmiechnęła się słabo.
— Nie tylko o fortepian, dziecko. O siebie też.
Nie zrozumiałam wtedy, dlaczego powiedziała to takim tonem.
Dwa tygodnie później pojechałam do jej domu po stare albumy z koncertów. Prosiła, żebym przyniosła zdjęcia z czasów, kiedy grała w filharmonii, w domach kultury, w małych salach, gdzie ludzie przychodzili zimą w grubych płaszczach i siadali cicho, zanim zabrzmiał pierwszy akord.
Padał deszcz.
Dom babci pachniał lawendą, kurzem i pastą do drewna. Wszystko było na swoim miejscu: haftowany obrus na stole, porcelanowy aniołek na komodzie, zdjęcie dziadka przy oknie.
Tylko salon wyglądał inaczej.
Róg, w którym przez całe moje życie stał Steinway, był pusty.
Na dywanie zostały cztery ciemniejsze ślady po nogach.
Najpierw pomyślałam, że pomyliłam pokój.
Potem, że może instrument zabrano do strojenia.
Potem poczułam, jak robi mi się zimno.
Zadzwoniłam do matki.
Odebrała po piątym sygnale.
— Mamo, gdzie jest fortepian babci?
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Ojciec się tym zajął.
— Co to znaczy „zajął”?
— Kasiu, nie zaczynaj. Są sprawy, których nie rozumiesz.
— Gdzie jest Steinway?
Matka westchnęła tak, jak wzdychała zawsze, kiedy uważała mnie za przesadnie emocjonalną.
— Sprzedany.
Musiałam usiąść na krześle.
— Co?
— Sprzedany. I bardzo dobrze. Stałby tylko i niszczał. Poza tym twoja babcia już i tak nie będzie grać.
Przez chwilę nie słyszałam deszczu, ani tykania zegara, ani własnego oddechu.
— Babcia zostawiła go mnie.
— Babcia jest chora — powiedziała matka chłodno. — A twój ojciec zrobił to, co było rozsądne.
Pojechałam prosto do domu rodziców.

Mieszkali w willi babci na obrzeżach Krakowa. Od lat mówili o niej „nasz dom”, choć wiedziałam, że należał kiedyś do dziadków. Ojciec powtarzał znajomym, że przejął nieruchomość, bo „trzeba było ogarnąć rodzinny majątek”.
Otworzył mi z kieliszkiem whisky w ręce.
— Fortepian — powiedziałam bez przywitania. — Co zrobiłeś?
Nie wyglądał na zaskoczonego.
— Sprzedałem.
— Za ile?
— Trzysta osiemdziesiąt tysięcy złotych. Dobra cena jak za stary instrument.
Stary instrument.
Tak nazwał coś, przy czym babcia przeżyła pół życia.
Z salonu dobiegł śmiech Natalii. Weszła do przedpokoju z błyszczącymi kluczykami w dłoni.
— Już się dowiedziała? — zapytała, udając niewinną.
Za oknem, na podjeździe, stał srebrny Mercedes z czerwoną kokardą na masce.
Poczułam, jak całe ciało sztywnieje.
— Kupiliście jej samochód za fortepian babci?
Ojciec wzruszył ramionami.
— Natalia potrzebuje odpowiedniego auta. Spotyka się z Pawłem Raczyńskim, a jego rodzina obraca się w innych kręgach. Trzeba umieć robić dobre wrażenie.
Matka wyszła z kuchni, wycierając ręce w ściereczkę.
— Nie dramatyzuj, Katarzyno. Ty i tak nie miałabyś gdzie postawić takiego fortepianu.
Natalia uśmiechnęła się szeroko.
— Może babcia zostawi ci nuty. To bardziej pasuje do twojego mieszkania.
Ojciec nawet jej nie upomniał.
— Babcia wie? — zapytałam.
Twarz matki stwardniała.
— Nie będziesz jej tym denerwować.
— Czyli nie wie.
— Jest w hospicjum — syknęła matka. — Jeśli powiesz jej coś, przez co jej się pogorszy, będziesz mogła sobie to zapisać na sumieniu.

Wtedy zrozumiałam, że oni nie bali się o babcię.
Bali się, że prawda jeszcze zdąży do niej dotrzeć.
Całą noc nie spałam.
Siedziałam w swoim małym mieszkaniu w Nowej Hucie i patrzyłam na zdjęcie babci przy Steinwayu. Miała na nim czterdzieści kilka lat, czarną suknię, proste plecy i dłonie uniesione nad klawiaturą.
W głowie wciąż słyszałam głos matki:
„Będziesz miała to na sumieniu”.
Ale potem przypomniałam sobie inne zdanie.
To, które babcia powiedziała mi kiedyś, gdy jako nastolatka ukryłam przed rodzicami, że nie dostałam się do finału konkursu.
— Prawda czasem boli od razu — powiedziała wtedy. — Kłamstwo boli później, ale głębiej.
Następnego ranka poszłam do hospicjum wcześniej niż zwykle.
Babcia nie spała. Patrzyła przez okno na mokre drzewa.
— Wyglądasz, jakby ktoś zabrał ci sen — powiedziała.
Usiadłam przy łóżku.
— Babciu, muszę ci coś powiedzieć.
Słuchała bez przerywania.
Powiedziałam jej o pustym salonie.
O sprzedaży.
O kwocie.
O Mercedesie dla Natalii.
O tym, że rodzice kazali mi milczeć.
Spodziewałam się łez. Złości. Może nawet bólu tak silnego, że pożałuję, że otworzyłam usta.
Ale babcia tylko zamknęła oczy i wypuściła powietrze.
Nie ze zdziwienia.
Raczej jak ktoś, kto usłyszał potwierdzenie czegoś, czego od dawna się obawiał.
— A więc jednak — wyszeptała.
— Wiedziałaś, że mogą to zrobić?
— Znałam swojego syna lepiej, niż on kiedykolwiek znał samego siebie.
Sięgnęła po telefon leżący na stoliku.
— Podaj mi okulary.
— Babciu, proszę, nie denerwuj się.
Otworzyła oczy i spojrzała na mnie tak ostro, że na chwilę znowu wyglądała jak kobieta z fotografii przy fortepianie.
— Kasiu, ja się nie denerwuję. Ja tylko kończę coś, co zaczęłam pięć lat temu.
Wybrała numer.
Czekała trzy sygnały.
— Mecenasie Zaremba? — powiedziała spokojnie. — To Helena Wysocka. Tak. Nadszedł czas.
Zamilkła na chwilę.
— W niedzielę. Urodziny Elżbiety. W moim domu.
Spojrzała na mnie.
— Proszę przygotować dokumenty. I proszę przyjść punktualnie.
Rozłączyła się.
Siedziałam nieruchomo, trzymając jej zimną dłoń.
— Babciu… co ty zrobiłaś?
Uśmiechnęła się blado.
— To, czego powinnam była nauczyć twojego ojca dużo wcześniej.
— Czego?
— Że cudzych rzeczy nie nazywa się swoimi tylko dlatego, że ktoś pozwolił ci z nich korzystać.
Tego dnia po raz pierwszy od wielu lat poczułam, że mój ojciec może nie być najgłośniejszą osobą w naszej rodzinie.
Może po prostu najdłużej nikt mu nie przerwał.
Kiedy wychodziłam z hospicjum, babcia zatrzymała mnie przy drzwiach.
— Kasiu.
Odwróciłam się.
— Przyjdź w niedzielę. Ubierz się tak, żebyś nie chciała przepraszać za to, że jesteś.
Nie zapytałam już o nic więcej.
Ale przez następne trzy dni wciąż widziałam przed oczami pusty róg w salonie, srebrnego Mercedesa na podjeździe i spokojny uśmiech babci, gdy mówiła do telefonu:
„Nadszedł czas”.




