Ktoś zapukał do drzwi dokładnie wtedy, gdy Zosia wyjmowała szarlotkę z piekarnika.
W kuchni było ciepło i trochę za ciasno. Na stole leżały jej książki do egzaminu zawodowego, rachunek za gaz i trzy kubki po herbacie z cytryną. Ania siedziała z laptopem przy oknie, a Magda przeszukiwała szufladę w poszukiwaniu ładowarki.
— Zosia, oddaj ją.
— Nie mam.
— Od trzech dni nie mam ładowarki, a ty nie masz z tym nic wspólnego?
Słuchałam ich jednym uchem, wycierając blat. Miały dwadzieścia trzy, dwadzieścia i prawie osiemnaście lat, ale czasami wystarczała jedna ładowarka, żeby znów zachowywały się jak dzieci.
Kiedy zapukano drugi raz, poszłam otworzyć.
Na klatce stał mój brat Paweł.
Nie widziałam go od piętnastu lat.
Najpierw poznałam jego oczy. Potem sposób, w jaki trzymał lewą rękę przy boku, sztywno, jak nasz ojciec, kiedy czegoś się bał. Był dużo chudszy, siwy nad uszami, w starej kurtce mokrej od deszczu.
W jednej dłoni miał reklamówkę z osiedlowego sklepu.
W drugiej grubą kopertę.
— Kaśka — powiedział.
Za moimi plecami Magda zatrzasnęła szufladę.
— Mówiłam, że tu jej nie ma!
Paweł spojrzał ponad moim ramieniem.
— Są wszystkie?
Nie odpowiedziałam.
Wyszłam na klatkę i zamknęłam drzwi za sobą.
— Nie wejdziesz.
Skinął głową, jakby od dawna wiedział, że tak będzie.
Podał mi kopertę.
— Przeczytaj. Ale nie przy nich.
Na odwrocie widniał napis:
„Dla Kasi. Zanim powiesz im, że wróciłem”.
— Gdzie byłeś? — zapytałam.
— Wszystko jest w środku.
— Nie pytam o papiery.
Spuścił wzrok.
— Wiem.
Rozdarłam kopertę na klatce.
Nie chciałam czekać ani minuty dłużej.
W środku był list, dokumenty z banku, odpis księgi wieczystej i zaświadczenie o spłacie hipoteki.
Pierwsza strona listu była datowana na dzień po pogrzebie Moniki.
Ostatnia — trzy tygodnie wcześniej.
Zaczęłam czytać.
„Kaśka, jeśli to czytasz, znaczy, że wreszcie przestałem się chować”.
Piętnaście lat wcześniej jego żona Monika zginęła w wypadku pod Szydłowcem. Wracała wieczorem z pracy. Droga była mokra, samochód ciężarowy zjechał na przeciwny pas.
Po pogrzebie Paweł przywiózł trzy córki do mojego mieszkania.
Ania miała osiem lat.
Magda pięć.
Zosia trzy.
Zostawił jedną walizkę, dziecięce kurtki i plecak Ani.
— Muszę załatwić bank i ubezpieczenie — powiedział. — Wrócę wieczorem.
Nie wrócił.
Najpierw dzwoniłam co godzinę. Potem pojechałam do jego mieszkania. Było puste. W pracy powiedzieli, że złożył wypowiedzenie. Policja przyjęła zgłoszenie, ale przez kolejne miesiące nie potrafiła ustalić, gdzie jest.
Tymczasem dziewczynki nadal czekały.
Ania codziennie pytała, czy tata przyjdzie na kolację.
Magda zasypiała z pluszowym królikiem pod brodą.
Zosia budziła się w nocy i prosiła, żebym zaprowadziła ją do mamy.
Na początku sąd pozwolił im zostać u mnie tymczasowo. Później zostałam dla nich rodziną zastępczą spokrewnioną. Pawłowi zawieszono władzę rodzicielską.
Miałam wtedy czterdzieści lat, pracę w księgowości szkolnej i dwupokojowe mieszkanie.
Przez kilka lat spałam na rozkładanej wersalce w kuchni, żeby dziewczynki miały oba pokoje. Wieczorami brałam dodatkowe rozliczenia. Nauczyłam się robić trzy różne kanapki, rozpoznawać gorączkę po dotknięciu czoła i milczeć, kiedy nauczyciele mówili:
— Pani córka ma zdolności.
Na początku ich poprawiałam.
Potem przestałam.
Paweł pisał w liście, że po śmierci Moniki znalazł w kredensie dokumenty, o których nie wiedział.
Dom po jej rodzicach był obciążony hipoteką. Monika podpisała też zobowiązania związane z działalnością swojego brata. Część rat nie była spłacana od miesięcy.
Nie wiedział, dlaczego mu o tym nie powiedziała.
Nie wiedział też, co miała zamiar zrobić.
Pisał, że spanikował. Bał się banku, sądu i tego, że nie będzie w stanie utrzymać trzech córek. Zostawił je u mnie, bo wiedział, że dostaną ciepły obiad i pójdą spać o normalnej porze.
Potem wyjechał pod Gdańsk.
Później do Holandii.
Pracował przy remontach i rozbiórkach. Wynajmował pokój z trzema mężczyznami. Wszystko, co mógł, odkładał na spłatę długu.
Na jednej ze stron napisał:
„Przez pierwsze dwa lata naprawdę spłacałem zobowiązania. Przez następne trzynaście tylko udawałem przed sobą, że nadal dlatego nie wracam”.
Czytałam to zdanie dwa razy.
Dalej pisał, że śledził szkolne strony. Widział zdjęcie Ani z matury. Znalazł informację o zawodach sportowych Magdy. Oglądał nagranie z jasełek, na którym Zosia grała anioła.
Wiedział więc, jak dorastają.
Wiedział, gdzie mieszkają.
Wiedział, ile mają lat.
I nadal milczał.
Na końcu listu znajdowała się informacja o domu.
Hipoteka została spłacona. Postępowanie spadkowe zakończono. W księdze wieczystej widniały trzy nazwiska:
Anna.
Magdalena.
Zofia.
Każda miała jedną trzecią.
Paweł zrzekł się swojej części.
Złożyłam dokumenty i spojrzałam na niego.
Siedział na schodach dwa stopnie niżej.
— Myślisz, że dom zastąpi im ojca?
— Nie.
— To po co to robiłeś?
— Bo to była jedyna rzecz, którą potrafiłem jeszcze naprawić.
— Nie. To była jedyna rzecz, przy której nie musiałeś patrzeć im w oczy.
Nie zaprzeczył.
— Dlaczego teraz? — zapytałam.
Długo milczał.
— Miałem zawał.
Spojrzałam na jego lewą rękę.
— Lekki — dodał. — Ale lekarz powiedział, że powinienem przestać odkładać rzeczy, których mogę nie zdążyć zrobić.
— Piętnaście lat odkładałeś jeden telefon.
— Wiem.
— Wiedziałeś o maturze Ani?
— Tak.
— O złamanej ręce Magdy?
— Tak.
— O zapaleniu płuc Zosi?
Zamknął oczy.
— Tak.
Poczułam, że mocniej ściskam kopertę.
— Czyli patrzyłeś z daleka, jak rosną, i uznałeś, że to wystarczy.
— Nie wystarczyło.
— Ale tobie wystarczało.
Nie odpowiedział.
Wróciłam do mieszkania sama.
Kiedy weszłam do kuchni, wszystkie trzy spojrzały na mnie od razu.
Zosia nadal miała rękawicę kuchenną na dłoni.
— Kto to był? — zapytała Ania.
Położyłam kopertę na stole.
— Wasz ojciec.
Magda odsunęła krzesło tak gwałtownie, że uderzyło o szafkę.
— Nie żartuj.
— Nie żartuję.
Zosia zbladła.
— Gdzie jest?
— Na klatce.
— Od jak dawna?
— Kilkanaście minut.
Magda spojrzała na drzwi.
— A wcześniej? Gdzie był przez piętnaście lat?
Usiadłyśmy.
Opowiedziałam im o dokumentach Moniki, o hipotece, wyjeździe Pawła i spłacie zobowiązań.
Nie powiedziałam, że Monika je oszukała. Nie wiedziałam tego.
— Wiemy tylko, co podpisała — powiedziałam. — Nie wiemy dlaczego. Nie wiemy, czy miała plan. Ona nie może już powiedzieć swojej wersji.
Ania otworzyła księgę wieczystą.
Studiowała administrację i ufała papierom bardziej niż ludziom.
Przez chwilę czytała w ciszy.
— To naprawdę nasze nazwiska.
Magda nawet nie spojrzała na dokumenty.
— Czyli żył.
Nikt nie odpowiedział.
— Wiedział, gdzie jesteśmy?
— Tak.
— Wiedział, ile mam lat?
— Tak.
— Widział nas?
— Z daleka.
Magda pokręciła głową.
— To gorsze niż gdyby nic nie wiedział.
Zosia usiadła przy kaloryferze.
— Dlaczego nie zadzwonił?
— Powiedział, że nie umiał wrócić.
— Ludzie nie muszą umieć — odpowiedziała cicho. — Muszą po prostu przyjść.
Ania zamknęła teczkę.
— Chcę go zobaczyć.
— Nie musisz.
— Wiem.
Magda odwróciła się od okna.
— Ja nie chcę.
— Każda z was może zdecydować za siebie — powiedziałam. — Dom nie oznacza, że jesteście mu coś winne. Ani rozmowę, ani spotkanie, ani przebaczenie.
Ania wstała.
— Chcę, żeby odpowiedział na kilka pytań. Potem wyjdzie.
Zeszłyśmy przed blok.
Paweł stał pod starą lipą obok trzepaka. Deszcz już prawie ustał.
Kiedy zobaczył córki, wyprostował się, ale nie ruszył w ich stronę.
Ania stanęła najbliżej.
— Pamiętasz, jak uczyłeś mnie jeździć na rowerze?
— Pamiętam.
— Ja nie. Znam to tylko ze zdjęć.
Paweł spuścił wzrok.
Magda trzymała ręce w kieszeniach.
— Nie pytam, dlaczego odszedłeś. Pytam, dlaczego pozwoliłeś nam myśleć, że nie jesteśmy warte nawet jednego telefonu.
— Bałem się.
— Przez piętnaście lat?
— Najpierw bałem się wrócić. Potem bałem się tego, co powiecie.
Magda zaśmiała się bez radości.
— To trzeba było wrócić, kiedy wszystko było jeszcze popsute. Nie teraz, kiedy przyniosłeś teczkę i myślisz, że skończyłeś naprawę.
— Nie myślę, że skończyłem.
— To dobrze. Bo nawet nie zacząłeś.
Zosia patrzyła na niego najdłużej.
— Masz prawdziwy adres?
— Mam.
— I numer telefonu?
— Tak.
— Taki, którego nie zmienisz za tydzień?
— Tak.
Wyjęłam z torby notes i podałam mu kartkę.
Napisał adres, numer telefonu i nazwę firmy, w której pracował.
Ania zrobiła zdjęcie kartki.
— Możesz wejść na piętnaście minut — powiedziała. — Ale to nie znaczy, że ci wybaczamy.
— Wiem.
W kuchni Paweł podszedł do mojego krzesła.
Zosia zatrzymała go.
— Nie tutaj. To miejsce cioci.
Przesunął się na krzesło przy kredensie.
Nikt go nie objął.
Nikt nie powiedział, że wszystko będzie dobrze.
Dziewczyny pytały pojedynczo.
Gdzie był, kiedy Ania zdawała maturę?
W Holandii.
Czy wiedział, że Magda złamała rękę?
Tak.
Czy oglądał jasełka Zosi?
Nagranie na stronie szkoły.
Dlaczego nie wysłał kartki?
Nie miał odpowiedzi.
Dlaczego nie powiedział im prawdy o domu?
Bał się, że znienawidzą matkę.
Magda pochyliła się nad stołem.
— A nie bałeś się, że znienawidzimy ciebie?
— Bałem się.
— I co?
— Miałem rację.
W kuchni zapadła cisza.
Szarlotka wystygła. Herbata zrobiła się gorzka. Za ścianą ktoś włączył wiadomości. Na klatce zaszczekał pies sąsiadów.
Po piętnastu minutach Ania spojrzała na zegar.
— Na dzisiaj wystarczy.
Paweł wstał.
Zosia odkroiła dwa kawałki ciasta i zawinęła je w folię.
— Mówiłeś, że lubisz szarlotkę — powiedziała.
Podała mu paczkę bez uśmiechu.
Przy drzwiach Paweł zatrzymał się.
— Dziękuję, że je wychowałaś — powiedział do mnie.
— Nie dziękuj mi po pierwszej wizycie.
Spojrzał na mnie.
— Najpierw pokaż, że będzie druga.
Wyszedł.
Przez długi czas żadna z nas się nie odzywała.
Potem zaczęłyśmy sprzątać.
Ania układała dokumenty.
Magda wycierała stół.
Zosia zbierała okruszki.
Ja myłam kubki, choć były prawie czyste.
Kopertę włożyłam do teczki z napisem „Sprawy dziewczyn”. Leżały tam decyzje z sądu, dokumenty z ZUS-u, świadectwa szkolne i stare zgody na wycieczki.
Kartkę z numerem Pawła Ania schowała do szuflady.
Nie wyrzuciła jej.
Następnego ranka nadal tam była.
Nikt nie zadzwonił.
Wstawiłam wodę na herbatę i wyjęłam z lodówki ostatni kawałek szarlotki.
Pokroiłam go na cztery nierówne części.
Jedna była dla Ani.
Jedna dla Magdy.
Jedna dla Zosi.
Jedna dla mnie.
Ciasto trochę się kruszyło.
Ale wystarczyło dla każdej z nas.



