WIKTOREK MIAŁ TYLKO MIESIĄC. JEGO ŻYCIE ZACZĘŁO SIĘ I SKOŃCZYŁO W DOMU, KTÓRY POWINIEN GO CHRONIĆ

Są sprawy, przy których najtrudniej uwierzyć w jedno: że dziecko zdążyło przeżyć na świecie zaledwie kilka tygodni, a już musiało spotkać się z takim cierpieniem.

Wiktorek z Rudy Śląskiej urodził się 18 czerwca 2020 roku. Był zdrowym chłopcem. Kilka dni później trafił z rodzicami do mieszkania w Bielszowicach. To właśnie tam, za zamkniętymi drzwiami, miał rozpocząć się dramat noworodka.

22 lipca 2020 roku matka chłopca, Aleksandra Sz., wyszła z mieszkania razem z 14-miesięczną córką. W domu został ojciec, Mariusz Sz., i mały Wiktorek.

Po pewnym czasie mężczyzna zadzwonił do partnerki. Miał mówić roztrzęsionym głosem, że syn nie oddycha. Kobieta wróciła do domu i wezwała pomoc.

Na miejsce przyjechali ratownicy. Stan dziecka był dramatyczny. Wezwano śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, a Wiktorek trafił do Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach. Lekarze walczyli o jego życie, ale obrażenia były zbyt poważne. Po kilku godzinach chłopiec zmarł.

Dopiero wtedy zaczęła wychodzić na jaw prawda, która wstrząsnęła śledczymi.

Wstępne ustalenia wskazywały, że śmierć Wiktorka nie była wynikiem nieszczęśliwego wypadku. Lekarze i biegli zobaczyli ślady, które mówiły więcej niż jakiekolwiek tłumaczenia dorosłych.

Podejrzenia szybko padły na rodziców.

Ojciec, Mariusz Sz., usłyszał zarzuty dotyczące znęcania się nad dzieckiem ze szczególnym okrucieństwem oraz doprowadzenia do obrażeń, których skutkiem była śmierć Wiktorka. W toku śledztwa wyszło też na jaw, że przemoc miała dotknąć również starszą, 14-miesięczną siostrę chłopca.

Matka, Aleksandra Sz., również stanęła przed sądem. Prokuratura zarzucała jej, że nie reagowała na krzywdę dziecka, choć miała prawny i moralny obowiązek chronić syna.

I właśnie ten wątek boli szczególnie mocno.

Bo Wiktorek nie mógł uciec. Nie mógł nikomu powiedzieć, co dzieje się w domu. Nie mógł poprosić sąsiada, nauczyciela ani lekarza o pomoc. Był noworodkiem. Całkowicie zależnym od dorosłych.

Jeśli w takim domu dziecko nie jest chronione przez własnych rodziców, to kto ma je ocalić?

W trakcie sprawy pojawiły się też pytania o wcześniejsze sygnały. Według informacji ujawnionych w mediach rodzina miała kontakt z kuratorem i opieką społeczną, a w przeszłości śledczy zajmowali się już sprawą obrażeń starszej córki. To właśnie dlatego po śmierci Wiktorka wiele osób pytało: czy można było zareagować szybciej?

Czy ktoś widział zagrożenie, ale nie połączył faktów?

Czy gdyby instytucje działały wcześniej, miesięczny chłopiec mógłby dziś żyć?

Proces ruszył w 2021 roku przed sądem w Gliwicach i toczył się przy wyłączonej jawności ze względu na dobro rodziny. Ostatecznie sąd nie miał wątpliwości co do winy.

Mariusz Sz. został skazany na dożywocie.

Aleksandra Sz. usłyszała wyrok 9 lat więzienia.

Drugie dziecko trafiło do rodziny zastępczej.

Wyrok zamknął etap sądowy, ale nie zamknął najważniejszych pytań. Bo ta sprawa nie jest tylko historią o jednym ojcu i jednej matce. To historia o dziecku, które żyło zaledwie miesiąc, a mimo to dorosły świat nie zdążył go ochronić.

Najbardziej bolesne jest to, że Wiktorek nie miał żadnej szansy sam zawalczyć o życie.

Nie miał słów.

Nie miał siły.

Nie miał czasu.

Miał tylko dorosłych wokół siebie.

I to właśnie dorośli zawiedli.

Czy Waszym zdaniem w takich sprawach odpowiedzialność powinna dotyczyć nie tylko rodziców, ale także instytucji, które wcześniej miały kontakt z rodziną?

I czy dożywocie dla ojca oraz 9 lat więzienia dla matki to wyroki, które naprawdę oddają skalę tragedii miesięcznego dziecka?

#Wiktorek #RudaŚląska #Bielszowice #Dziecko #Sprawiedliwość #Sąd #Dożywocie #OchronaDzieci #TrueCrimePolska #DzieciKtórychNieOchroniono