CZĘŚĆ 2: Walizka w przedpokoju

Przez kilka sekund nie patrzyłam na Halinę.

Patrzyłam tylko na walizkę.

Moją walizkę.

Szara, stara, ze złamanym zamkiem błyskawicznym. Ta sama, którą zabierałam kiedyś do Zakopanego, kiedy jeszcze wierzyłam, że małżeństwo polega na wspólnych planach, a nie na pilnowaniu, kto komu zdradził wysokość premii.

Z boku wystawał rękaw mojej bluzki.

Na wierzchu leżał mój sweter, złożony byle jak, jakby ktoś pakował nie ubrania, tylko dowody obecności kobiety, której chciał się pozbyć.

Halina siedziała na krześle w przedpokoju.

W moim przedpokoju.

Z kluczami w dłoni.

— No — powiedziała spokojnie. — Teraz możemy porozmawiać rozsądnie.

Dopiero wtedy poczułam, że torba z pracy wciąż zwisa mi z ramienia. Pasek wbijał mi się w obojczyk, ale nie ruszyłam się.

— Co pani zrobiła? — zapytałam.

Mój głos był cichy.

Zbyt cichy.

Halina uśmiechnęła się tak, jak uśmiechają się ludzie, którzy mylą cudzą ciszę ze słabością.

— Pomogłam ci się spakować. Skoro nie chcesz być częścią rodziny, powinnaś mieć chwilę na przemyślenie swojego zachowania.

Z salonu dobiegł cichy szelest.

Paweł siedział na kanapie.

W dłoniach trzymał ten sam pilot, który od tygodnia „naprawiał”. Telewizor był wyłączony. Jego twarz była szara, oczy spuszczone, ramiona przygarbione.

Nie wyglądał jak mąż, który broni domu.

Wyglądał jak chłopiec, który czeka, aż matka skończy krzyczeć.

— Paweł — powiedziałam powoli. — Wiedziałeś o tym?

Nie odpowiedział.

Halina odpowiedziała za niego.

— Paweł jest zdenerwowany. Nie będzie ci teraz tłumaczył rzeczy oczywistych.

Spojrzałam na nią.

— Oczywistych?

— Że nie możesz traktować jego rodziny jak obcych ludzi.

— A pani może traktować moje rzeczy jak swoje?

Wstała z krzesła.

Dopiero teraz zobaczyłam, że w przedpokoju nie było tylko walizki.

Na szafce leżała moja kosmetyczka. Obok niej koperta z dokumentami z pracy. Pasek wypłat. Umowa z bankiem. Potwierdzenie wpływu premii.

Coś we mnie zamarło.

— Grzebała pani w moich dokumentach?

Halina wzruszyła ramionami.

— Szukałam tego, co będzie ci potrzebne.

— Do czego?

— Do życia osobno, jeśli nadal będziesz taka dumna.

Karolina nie była już w mieszkaniu, ale jej obecność czuć było wszędzie. W tej walizce. W papierach. W sposobie, w jaki Halina stała przede mną, przekonana, że zrobiła coś rozsądnego.

Weszłam głębiej do przedpokoju i zamknęłam drzwi.

Powoli.

Bez trzaskania.

— Proszę oddać klucze.

Halina uniosła brwi.

— Słucham?

— Klucze. Do naszego mieszkania.

— To mieszkanie jest wynajęte na Pawła.

— A opłacane przez nas oboje.

— Nie interesują mnie wasze rozliczenia.

— Mnie zaczęły interesować bardzo.

Paweł w końcu się odezwał.

— Marta, proszę, nie róbmy sceny.

Odwróciłam głowę w jego stronę.

I wtedy zobaczył moje łzy.

Nie płakałam głośno. Nie szlochałam. Łzy po prostu spłynęły mi po policzkach, bo ciało nie pyta, czy można się jeszcze trzymać.

— Scena? — powtórzyłam. — Twoja matka weszła do mieszkania, gdy byłam w pracy. Spakowała moje rzeczy. Grzebała w moich dokumentach. I siedzi tu z kluczami w dłoni, jakby czekała na eksmisję. A ty mówisz, żebym nie robiła sceny?

Paweł zbladł.

Halina prychnęła.

— Bo ty wszystko musisz wyolbrzymiać.

— Nie — powiedziałam. — Ja przez lata wszystko pomniejszałam.

Zapadła cisza.

Za ścianą ktoś przesunął krzesło. Gdzieś w pionie sąsiad spuścił wodę. Normalne dźwięki zwykłego bloku, w którym ludzie gotują, kłócą się, płacą rachunki i udają, że za ścianą nie dzieje się nic, czego nie chcą słyszeć.

Podeszłam do walizki i przykucnęłam.

Dotknęłam rękawa bluzki.

Był pognieciony.

W środku zobaczyłam też album ze zdjęciami mojej mamy. Halina upchnęła go między buty a kosmetyczkę.

To właśnie ten szczegół zabolał mnie najbardziej.

Nie pieniądze.

Nie wrzask.

Nie groźby.

Tylko to, że ktoś wziął moje życie do rąk i zapakował je jak niepotrzebne rzeczy.

Wstałam.

— Jeśli jeszcze raz wejdzie pani do tego mieszkania bez mojej zgody albo dotknie moich rzeczy, zgłoszę to na policję.

Halina cofnęła głowę.

— Grozisz mi?

— Informuję panią.

— Jestem matką twojego męża.

— A ja jestem jego żoną. Nie lokatorką na próbę.

Paweł wstał.

W końcu.

Widziałam, że walczy sam ze sobą. Z matką. Ze mną. Z całym swoim przyzwyczajeniem do tego, że najłatwiej jest przeczekać burzę.

— Mamo — powiedział cicho. — Oddaj klucze.

Halina spojrzała na niego tak, jakby nie zrozumiała języka.

— Co?

— Oddaj klucze.

— Pawełku, ty chyba nie mówisz poważnie.

— Mówię.

— Ona cię zmusza.

— Nie.

— Nastawiła cię przeciwko rodzinie.

— Nie — powtórzył. — Sama to zrobiłaś.

Te słowa zawisły między nimi jak coś, czego nie da się już cofnąć.

Halina zacisnęła dłoń na kluczach.

— Wychowałam cię. Całe życie ci pomagałam. A teraz będziesz mnie wyrzucał przez kobietę, która nie chce pomóc twojej siostrze?

Paweł przełknął ślinę.

— Nie wyrzucam cię przez Martę. Wyrzucam cię, bo weszłaś do naszego domu i spakowałaś moją żonę.

Moją żonę.

Nie wiem, dlaczego te dwa słowa tak mocno mnie uderzyły.

Może dlatego, że przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny czułam się wszystkim, tylko nie żoną.

Problemem.

Bankomatem.

Przeszkodą.

Kimś, kogo można przesunąć, jeśli nie chce zapłacić.

Halina rzuciła klucze na szafkę.

Metal uderzył o drewno z suchym, ostrym dźwiękiem.

— Proszę. Bierz. Tylko pamiętaj, synku, że kiedy ona cię zostawi, do matki nie wrócisz tak łatwo.

— Proszę wyjść — powiedział Paweł.

Halina chwyciła torebkę.

Przez moment myślałam, że naprawdę wyjdzie.

Ale przy drzwiach zatrzymała się jeszcze i spojrzała na mnie.

— Myślisz, że wygrałaś, bo zatrzymałaś premię?

Nie odpowiedziałam.

— Gdybyś wiedziała, co naprawdę wisi nad waszym domem, sama byś błagała, żebyśmy wzięły te pieniądze.

Paweł zmarszczył brwi.

— Co to znaczy?

Halina spojrzała na niego.

Jej twarz zmieniła się na ułamek sekundy.

Zniknęła pewność.

Pojawił się strach.

— Nic — powiedziała szybko. — Nic takiego.

Za szybko.

Zbyt szybko.

Wyszła, trzaskając drzwiami.

Tym razem nie posypał się tynk.

Ale coś w tym mieszkaniu pękło naprawdę.

Usiadłam na podłodze obok walizki. Nogi przestały mnie trzymać.

Paweł stał przy szafce z kluczami w dłoni.

— Marta…

— Nie teraz.

— Przepraszam.

Spojrzałam na niego.

— Za co dokładnie? Za to, że powiedziałeś im o premii? Za to, że siedziałeś, kiedy twoja matka pakowała moje rzeczy? Czy za to, że dopiero teraz przypomniałeś sobie, że jestem twoją żoną?

Zacisnął oczy.

— Za wszystko.

Nie odpowiedziałam.

Bo „za wszystko” było za łatwe.

Prawdziwe przeprosiny zaczynają się dopiero wtedy, kiedy człowiek potrafi nazwać, co zrobił.

Zadzwonił mój telefon.

Karolina.

Odrzuciłam.

Zadzwoniła znowu.

I znowu.

Za czwartym razem odebrałam i włączyłam głośnik.

— No brawo — syknęła Karolina. — Mama przez ciebie płacze.

— Twoja matka spakowała moje rzeczy.

— Bo jesteś egoistką.

— A ty masz dwadzieścia siedem lat i długi, które próbujesz spłacić moją premią.

— Nie próbuj robić z siebie świętej.

— Nie muszę.

— Ty naprawdę myślisz, że bez ciebie Paweł by sobie nie poradził?

Paweł podniósł wzrok.

Karolina mówiła dalej, coraz szybciej, coraz ostrzej, jakby wściekłość wyłączyła jej rozsądek.

— Wszystko, co macie, i tak trzyma się na tobie. On bez twojej wypłaty nawet tego mieszkania by nie utrzymał. Mama miała rację, że trzeba było to załatwić, zanim zaczniesz udawać królową.

— Co załatwić? — zapytałam cicho.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

Wystarczyło.

Paweł zrobił krok w moją stronę.

— Karolina — powiedział. — Co załatwić?

Rozłączyła się.

Przez kilka sekund patrzyliśmy na czarny ekran.

Potem mój telefon zawibrował.

Nieznany numer.

Wiadomość była krótka:

„Sprawdź, kto naprawdę poręczył chwilówkę Karoliny. I dlaczego twoja premia miała zniknąć przed poniedziałkiem.”

Pod spodem było zdjęcie umowy.

Nie musiałam powiększać całości.

Wystarczyło nazwisko na dole.

Paweł Nowak.

Mój mąż zbladł tak bardzo, że przez moment pomyślałam, że upadnie.

— Ja tego nie podpisywałem — wyszeptał.

Spojrzałam na walizkę.

Na klucze.

Na porozrzucane dokumenty.

I wtedy zrozumiałam.

Premia nie miała pomóc rodzinie.

Premia miała zakryć dług, który już był w naszym domu.

Ciąg dalszy w części 3…